Poprzednia notka o bańkach spekulacyjnych wzbudziła nieco emocji, zwłaszcza u lesserwissera (wyrazy szacunku), więc pozwolę sobie jeszcze podrapać temat paradoksami, które – mam nadzieję – wzbudzą nieco wątpliwości.
Zacznę jednak o powtórzenia tezy, iż szum związany ze spekulacją uznaję, za nic więcej niż populistyczne gry polityków, którzy nie potrafią zaakceptować sytuacji utraty kontroli nad rzeczywistością. Wbrew wielu deklaracjom o przywiązaniu do wolności i demokracji większość klasy politycznej zwyczajnie nie znosi szybko rotującego kapitału. Pochodną tej utraty kontroli jest wykreowanie figury spekulanta pasożytującego na zdrowym ciele społeczeństwa.
Historycznie rzecz biorąc walka ze spekulacją pojawia się przeważnie w sytuacjach kryzysów, kiedy klasa polityczna głodna szybkich sukcesów potrzebuje pokazowego polowania na czarownice. Prym wiedzie w tym oczywiście amerykańska klasa polityczna, która w każdej kryzysowej sytuacji publicznie przesłuchuje osoby uznane za personifikujące jakiś problem. Jeśli przejrzeć literaturę na ten temat, to w amerykańskim parlamencie występowali właściwie wszyscy wielcy w historii WallStreet.
Zastanawialiście się kiedyś Państwo, jakie konsekwencje dla konfliktu pomiędzy politykami a spekulantami z WallStreet ma fakt, iż centrum finansowe Stanów Zjednoczonych zlokalizowane jest w Nowym Jorku a centrum polityczne w Waszyngtonie? Skąd właściwie tak łatwo o konflikt pomiędzy politykami a bankierami z WallStreet? Dlaczego politycy mogą tak łatwo manipulować pojęciami chciwych drani z WallStreet a społeczeństwo domaga się strzyżenia tłustych kotów?
Korzenie tego sięgają czasów Thomasa Jeffersona i Alexandra Hamiltona a więc końcówki XVIII wieku, gdy w wyniku politycznych obaw, iż przedsiębiorczy New York stanie się siedliskiem probrytyjskiej opozycji, zdecydowano się dać Nowemu Jorkowi status stolicy gospodarczej. Jefferson był zwolennikiem small biznesu a Hamilton bogacenia się Ameryki. Pierwszy uważał nowojorskie nuworyszostwo i bankowość per se za moralnie wątpliwe a drugi stał się ojcem amerykańskiej waluty i pierwszym sekretarzem skarbu. Pierwszy patrzy nam pewnie w oczy z banknotu z dwoma dolarami a drugi nie chce nam spojrzeć w oczy z papierka z dziesięcioma dolarami.
To ideologiczny konflikt pomiędzy tymi dwoma wizjami Ameryki legł u podstaw tego, co dziś znamy, jako opozycję pomiędzy Wall Street a Main Street – bankierów z Nowego Jorku i zdrowego społeczeństwa ciężko pracujących na utrzymanie swoich dzieci. Nie wchodząc w szczegóły, u zarania tego podziału legł również dług, który bogaci bankierzy skupowali od biednych żołnierzy po piętnaście centów za jednego dolara. Niemniej to, co dziś obserwujemy, jako walkę ze spekulantami na rynkach towarowych jest niczym więcej niż kolejnym aktem opery mydlanej, która trwa już przeszło dwieście lat. Między innymi dlatego z pewnym pobłażaniem patrzę na polityków, którzy rzucają gromy na spekulantów.
Nie wiem, czy są na tyle przebiegli, że rozgrywają politycznie coś, co rozgrywa się przez dwa wieki i ciągle można na tym ugrać poparcie, czy też są tak… niedoczytani, iż nie zdają sobie sprawy o chodzeniu w mocno przydeptanych butach. Nie wykluczam, iż doradcy klasy politycznej znają temat dobrze i próbują chwytu, który daje „zarobić”. Szczególnie kuriozalnie wygląda to w Europie, ale starczy sięgnąć do historii polskiej giełdy i wypowiedzi polskiej klasy politycznej, by znaleźć tam przykłady analogicznych prób, wśród których znalazł się nawet pomysł zlikwidowania GPW.
Osobiście czerpie niebywałą satysfakcję z sytuacji, w których różniej maści politycy czy moralizatorzy próbują wykonać stójkę na dwunastnicy, by pogodzić sprzecznie definicje tego, kim jest spekulant i jakie działania uznać za złe. Zgodzimy się wszyscy, iż spekulacja zakładająca załamanie jakiejś waluty, to zło wcielone. Diabeł Soros, który rzucił na kolana brytyjskiego funta, mało nie przypłacił tego więzieniem. Inwestorzy, którzy duszą ceny obligacji greckich czy portugalskich zdają się pić wino z samym Lucyferem.
Oczywiście wcieleniem zła są ludzie, którzy sprzedają na krótko przewartościowane akcje. Dołując ceny obniżają przyszłe emerytury, likwidują majątek – nic to, że papierowy – i powodują, iż indeksy spadają a byk, symbol zdrowego inwestowania, zdaje się sapać ze zmęczenia. Łatwo też zostać wspólnikiem diabła, gdy kupując kontrakty na ropę okrada się wszystkich na stacjach benzynowych. Kiedy jednak kupujemy akcje PKN albo Lotosu w nadziei, iż wysoka cena ropy podniesie zyski, wówczas należy nam się szacunek, bo nie jesteśmy spekulantami na rynku ropy a ledwie fundamentalistami. Istna stójka na dwunastnicy.
Takich ścieżek do zostania wrednym spekulantem można wyliczyć więcej, ale równie ciekawe wydają się te, które pozwalają zostać szanowanym spekulantem. Jeśli tylko uda się zarobić po krótkiej stronie na akcjach np. banku Lehman Brothers i jeszcze ogłosić publicznie, iż przewidziało się upadek spółki zjedzonej przez gen chciwości, to wówczas grzechy zostają odkupione. Właściwie z dnia na dzień taki spekulant staje się bożyszczem wrogów walki ze spekulacją. Wystarczy też powiedzieć, że sprzedajmy ropę, by niechęć świata zmieniła się w miłość dla walczącego z aberracją.
Czytającym po angielsku polecam książkę Don’t Blame the Shorts: Why Short Sellers Are Always Blamed for Market Crashes and How History Is Repeating Itself. Doskonały opis tego, co zarysowałem powyżej.


Dodaj komentarz