Wall Street Journal opublikował w weekend artykuł, który odsłania fascynującą, lecz na swój sposób niepokojącą, prawdę o wielu inwestorach. Wielu z nich gotowych jest wydać wiele pieniędzy i zdobyć się na wiele wyrzeczeń by zepsuć swój proces inwestycyjny.
Artykuł opisuje sytuację Davida Rosenberga – głównego ekonomisty i rynkowego stratega kanadyjskiej firmy zarządzającej aktywami finansowymi Gluskin Sheff & Associates. Rosenberg do 2009 roku pracował jako główny ekonomista Merrill Lynch, zanim został pozyskany przez kanadyjskiego pracodawcę.
W segmencie analiz i komentarzy rynkowych Rosenberg wyrobił sobie, moim zdaniem trochę niesłusznie, opinię permanentnego niedźwiedzia. Rosenberg był jednym z analityków, o których można powiedzieć, że nie przegapili kryzysu finansowego i wyraźnie przed nim ostrzegali swoich klientów. Rosenberg wyróżniał się wśród nich zrozumieniem mechanizmu kryzysu finansowego i jego przyczyn – bańki kredytowej i bąbla na rynku nieruchomości. Po 2009 roku pozostał sceptyczny wobec jakości i trwałości ożywienia gospodarczego a co za tym idzie perspektyw rynku akcyjnego.
Wielu obserwatorów zarzuca Rosenbergowi, że przegapił odbicie z 2009 roku. Rosenberg pozostał co prawda bardzo sceptyczny co do sytuacji realnej gospodarki i jakości ożywienia ale dostrzegał okazje rynkowe na przykład na rynku obligacji, zarówno rządowych jak i korporacyjnych. Rosenberg trafnie także dostrzegł przewagę procesów deflacyjnych w okresie post-kryzysowym co między innymi zdecydowało o jego strategii dla rynku obligacji.
Od lata 2012 zaczął dostrzegać pozytywne sygnały w amerykańskiej gospodarce. Jak informuje WSJ na wiosnę 2013 zmienił swoje rynkowe zalecenia – zachęcał do zwiększenia ekspozycji na rynek akcyjny, redukowanie pozycji na rynku obligacji amerykańskich a jako powody podawał między innymi realną poprawę na amerykańskim rynku pracy.
Zmiana rynkowego stanowiska Rosenberga wywołała emocjonalną reakcję jego klientów. Niektóry z nich zaczęli go nazywać zdrajcą. Inni rezygnację z subskrypcji wyjaśniali tym, że nie potrzebują kolejnego rynkowego cheerleadera. David Rosenberg podsumował tę sytuacji słowami:
Uświadamiam sobie, że wielu moich lojalnych czytelników nigdy nie było zainteresowanych moimi analizami. Spędziłem ponad 10 lat walcząc z etykietą radykalnego permanentnego niedźwiedzia. Teraz dokonałem niewielkiej zmiany nastawienia rynkowego i muszę walczyć z opinią, że jestem permanentnym bykiem.
Naprawdę, trudno o wyraźniejsze potwierdzenie tego, że wielu inwestorów nie jest zainteresowanych żadnymi analizami i komentarzami, nie jest zainteresowanych zrozumieniem tego co naprawdę dzieje się w gospodarce i na rynkach finansowych lecz chce usłyszeć opinie potwierdzające już przyjęte przez nich stanowisko. Mało tego, jest gotowa płacić za te opinie.
W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pewna grupa inwestorów jest gotowa płacić za to by trzymać ich z daleka od informacji kwestionujących ich sentyment rynkowy.
Taka postawa może być dosyć łatwo wyjaśniona w wielu dziedzinach życia. W przypadku wielu opinii (od skuteczności szczepionek po sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie) ludzie nie ponoszą i nigdy nie poniosą bezpośrednich konsekwencji przyjęcia błędnego stanowiska. Mogą natomiast wiele dzięki temu zyskać, na przykład zyskując uznanie grupy, z którą się identyfikują.
Sytuacja może wydawać się inna w przypadku rynku finansowego. W tym przypadku posiadanie błędnej opinii o rynku może inwestorów wiele kosztować. A jednak kolejne obserwacje wskazują, że ten sam mechanizm, de facto, intencjonalnego błędu konfirmacji, ma miejsce na rynku finansowym.
Artykuł w Wall Street Journal zwraca przy tym uwagę na inne aspekt opisanego zjawiska. Utrudnia ono analitykom i komentatorom rynkowym zmianę stanowiska nawet jeśli obserwują fakty uzasadniające takie zachowanie. Jeden z cytowanych w artykule insiderów sektora powiedział: W tym sektorze bardzo trudno jest zmienić zdanie. Przyjaciel Rosenberga ostrzegł go, że przyjęcie bardziej optymistycznej postawy byłoby bardzo niebezpieczne dla rynkowej reputacji Rosenberga.
Uświadomienie sobie tego zjawiska pozwala zrozumieć fenomen permanentnie byczych i permanentnie niedźwiedzich dziennikarzy, komentatorów, analityków, strategów czy medialnych eksportów. Tworzą oni i sprzedają pewien produkt, znajdują swoją grupę docelową i często uświadamiają sobie, że tym produktem nie jest proces analityczny lecz rezultat analizy. Myślę zresztą, że wielu z nich od początku może zakładać, że ich newsletter, portal czy blog będzie oferować określony sentyment rynkowy.
To jest sensowne wyjaśnienie dlaczego na przykład świetnie prosperują monotematyczne portale czy blogi, które nigdy nie zmieniają swojego rynkowego sentymentu. Odbiorcy tych treści chcą być „karmieni” tymi samymi scenariuszami ponieważ potwierdzają ich przyjętą wcześniej strategię. To czy czytane prognozy się sprawdzają a użyte argumenty są poprawne ma drugorzędne znaczenie.
Myślę, że jest to bardzo zła informacja dla inwestorów, którzy szukają w mediach, na blogach czy w raportach analitycznych informacji o tym co się dzieje w gospodarce i na rynku finansowym i jakie może mieć to konsekwencje. Model biznesowy berlinowskich i tetlockowskich jeży wydaje się po pierwsze bardziej stabilny a po drugie dużo prostszy w realizacji. Po cóż się męczyć żmudnym procesem analitycznym, tworzyć i testować różne strategie rynkowe jeśli wystarczy zidentyfikować zapotrzebowanie na pewien rodzaj opinii a następnie, jak najniższym kosztem, dostarczać tego typu opinie?


Dodaj komentarz