Tym razem będzie nieco dosadniej a wkrótce kontrowersyjnie ale inwestorzy o długim stażu nie powinni być zanadto zbulwersowani 🙂
Klasyczny schemat ?uśredniania strat”, którym straszy się niedoświadczonych inwestorów, składa się z (odniosę to do rynku akcji):
(a) otwarcia pozycji czyli kupna udziałów wyselekcjonowanej w dowolny sposób spółki;
(b) stresu wywołanego spadkiem czyli ruchem przeciwnym do zakładanego;
(c) zauważalnego obsunięcia kapitału;
(d) okraszonego nadzieją, planowanego lub impulsywnego zakupu kolejnej transzy papierów tej samej spółki;
(e) jeszcze większym stresem z powodu dalszych spadków;
(f) kolejnych cykli dokupienie-spadek-stres w liczbie zależnej od determinacji, odporności psychicznej i głębokości kieszeni ofiary obniżającego się kursu
(g) bankructwa, znacznej straty (zrealizowanej) lub alternatywnie – zysków, o ile kurs odzyska wigor wzrostowy.
W zasadzie żaden z etapów nie wymaga objaśnień, nie przesadzę jeśli stwierdzę, że każdy z czytających liznął choćby fragment z tej procedury albo przynajmniej rozpatrywał jej skuteczność. Kontrowersyjność tego typu postępowania sprowadza się w zasadzie do oceny 2 składowych:
1/ motywów i racjonalności działania
2/ stopnia ponoszonego ryzyka i ewentualnej premii za owo ryzyko
Dyplomatycznie napiszę, że w pewnych warunkach zastosowanie uśredniania jako celowej, zaplanowanej taktyki, nie przynosi bynajmniej ujmy na honorze, na zasadzie: lepsza taka metoda niż żadna czy improwizowana. Co nie znaczy, że jestem jej zwolennikiem. Rozpatrzmy bliżej obie w/w składowe.
Mogę się mylić, a nie trafiłem jeszcze na odpowiednią dokumentację, że rzadsze przypadki to zaprogramowane uśrednianie w formie samodzielnej rynkowej strategii. Zdecydowanie częściej, i do tego głównie odnosi się literatura, uśrednianie jest impulsywną, wymuszoną, podlaną stresem chęcią odegrania się lub hazardową reakcją na wyraz własnej bezradności i decyzyjnej impotencji w obliczu krwawiącego portfela; niezaplanowaną, ad hoc ripostą na rozżalenie lub brak akceptacji dla powstałej straty czy niechęć do przyznania się do popełnionej pomyłki. Albo też przeciwnie – szukaniem za każdą cenę uzasadnienia dla własnej, nawet pozornej, racji lub wymuszeniem potwierdzenia swoich prognoz bez względu na koszt. Wiele z tych objawów bierze swój początek w tzw. efekcie dyspozycji czyli udowodnionej przez behawiorystów, silnej skłonności do zbyt wczesnego realizowania zysków i niechęci do zamykania pozycji zanurzonych w stratach. Niebezpiecznie blisko do patologii i dramatów.
Do tego dochodzi często złamanie przyjętych zasad i strategii. Nie ma znaczenia czy opartych na A.T. (nierespektowanie linii obrony), systemów (pomijanie sygnałów) czy A.F. (firma oblała test wartości i jej stan się pogarsza ponad dopuszczalną początkowo miarę). Zamiast wyjścia z rynku – walczymy z nim, brnąc z desperacją w dalsze straty. Na szczęście rynek akcji jest w dużym stopniu miłosierny – o ile firma nie bankrutuje to uśrednianie pomoże z czasem wyjść na prostą. Tu można jeszcze szukać szans, miłosierdzia natomiast nie ma zbyt wiele dla przelewarowanej spekulacji na rynku derywatów – przychodzi w końcu trend przeciwny na tyle długi lub gwałtowny by wszelkie zabezpieczenia nie wytrzymały. Dlatego akurat w wypadku pochodnych, złudzeń nie warto kultywować. Przychodzi w końcu upomnieć się o swoje matka wszystkich strat, o ile nasze zasoby gotówkowe horrendalnie nie przekraczają wielkości wymaganych depozytów.
Uaktywnia się również w ten sposób i rozwija tzw. hazard moralny. Jeśli uda się kilka razy wyjść bez strat nabieramy większej pewności, że tak może się udać jeszcze wiele razy. Nie doceniamy wagi losowości, szczęśliwego przypadku, nie dochodzi przy tym do wykształcenia prawidłowych konkluzji gdyż diagnoza wyciągnięta z takiego sposobu wyjścia z kryzysowej sytuacji jest obarczona błędem wnioskowania.
W kwestii ryzyka sprawa dotyczy progu bólu, odporności psychologicznej oraz przede wszystkim wielkości obsunięcia kapitału – odłożonego w czasie, a więc pozornie mniej dotkliwego (?miłosiernego”) w przypadku akcji oraz rozliczanego co dzień, topniejącego gwałtowniej – w derywatach (z zagrożeniem powstania debetu włącznie). Nawet na akcjach wystawiamy się jednak, co nietrudno matematycznie udowodnić, na nadmierne, lawinowo rosnące, kilkudziesięcioprocentowe ryzyko (przy sporym zaangażowaniu) choć z drugiej strony można by przekornie spytać o jego relację do choćby 60-cio procentowych obsunięć w ?bezpiecznych” funduszach inwestycyjnych.
Pozostaje odpowiedź na 2 pytania i z powodów wcześniej wymienionych, ograniczę je tylko do segmentu akcji. Czy opisany rodzaj uśredniania to:
1/ dobra metoda zastępująca ucinanie strat ?
2/ efektywna strategia sama w sobie ?
Moja opinia w kolejnym wpisie
—*Kat*—


Dodaj komentarz