Wszyscy lubimy prowokacyjne pytania, a jeśli wziąć pod uwagę liczbę komentarzy pod wpisami – pytania odnoszące się do A.T. szczególnie.
Z przyjemnością więc stawiam kolejne, choć w zasadzie stawia się ono samo po lekturze artykułu „Handel algorytmiczny: lepsze wyceny, większe ryzyko” autorstwa R. Sieradzkiego z gazety „Parkiet” 2-3 lutego 2013. Autor stwierdza tam co następuje:
„Wątpliwości budzi także zdanie: ”Nie wykluczajmy inżynierów, dajmy prawo do istnienia algotradingu, ale zachowajmy również te komponenty, które pozwalają utrzymać przeświadczenie, że giełda służy wycenie przedsiębiorstw”. Zakładam, że Ludwikowi Sobolewskiemu chodziło o efektywną wycenę spółek. Wykorzystanie algorytmów do kupna i sprzedaży akcji może się przyczyniać do zmniejszenia albo zwiększenia efektywności wyceny spółek. To zależy jedynie od tego, z jakimi algorytmami mamy do czynienia. Jeśli opierają się one na analizie technicznej, to składane przez nie zlecenia nie mają żadnego związku z wartością fundamentalną akcji, ale jeśli algorytmy opierają się na analizie fundamentalnej, to taki związek jest oczywisty.
Zarzuty o zmniejszeniu efektywności wyceny z powodzeniem można odnieść m.in. do wszystkich inwestorów, którzy wykorzystują analizę techniczną. Zależność między analizą techniczną i efektywną wyceną akcji jest bowiem zerowa.”
Nie chciałbym w tym miejscu wchodzić w dyskusję o zaletach i wadach algotradingu, zostawiam to na inną okazję, interesuje mnie jedynie wątek zaanonsowany na wstępie czyli A.T., a także kontekst użycia robotów tradingowych.
Co oznacza efektywna wycena akcji? W tekście nie pada podpowiedź. Ujmując to bardzo ogólnie, i w duchu tego co jak mniemam mają na myśli obaj wymienieni panowie, jako efektywną wycenę przyjmę więc taką, w której wszystkie informacje są jak najszybciej dyskontowane w giełdowych cenach akcji, które to z kolei, w sensie trendów/przebiegów, oddają w przybliżeniu zmiany kondycji w spółce i wpływ na nią otoczenia.
Czy rzeczywiście zależność tych wycen od A.T. jest tu zerowa? Otóż zgodzę się ze stwierdzeniem autora tych słów – o ile nie dokładnie zerowa, to bardzo bliska zeru, ale tylko w jednym przypadku – krystalicznie czystej, niczym nie skażonej A.T. Nie chodzi przy tym o korelacje, ale o rzeczywisty, potencjalny wpływ analizy wykresów i cen oraz decyzji z nich wypływających na efektywne wyceny notowań spółki, jak i vice versa – kondycji spółki na analityków technicznych.
Co stałoby się z cenami spółek gdyby decydowały o nich wyłącznie działania techników, nie mających wglądu do żadnych innych informacji poza kursami? Ale rzeczywistych techników, stuprocentowych, gdzie o pozycji lub jej zamknięciu decydują informacje wyciągane wyłącznie z cen historycznych (oraz ich pochodnych – wskaźników) jak i ich obrazów czyli wykresów. Istnieje bowiem jeszcze grupa, która A.T. łączy z własnym intuicyjnym uznaniem, co de facto zmienia przebiegi cen wynikających z czystej A.T.
Oto bowiem w zakresie krystalicznie czystej A.T. mielibyśmy trendy rosnące dla wszystkich akcji bez wyjątku. Dlaczego? Głównie z powodu swoistej asymetrii czyli dominacji strony popytowej na akcyjnym parkiecie, jako że to z kupna spółek biorą się tu zyski. Wpływ strony krótkiej jest śladowy u nas i nieco większy lecz nie przeważający na największych światowych giełdach. Ponieważ to kupno zapewnia zyski, zakładam, że formacje i wskaźniki podażowe pojawiałyby się dużo rzadziej i z mniejszą siłą. Ta asymetria mogłaby zostać zakłócona pod jednym warunkiem – zdecydowanie większych środków stojących po stronie krótkoterminowych inwestorów. W takim momencie rynek buksowałby w miejscu (niewielkie zakresy, krótsze trendy). W obu jednak scenariuszach rzeczywiste zmiany w kondycji spółek nie miałyby przełożenia na przebieg kursów, w związku z czym nawet potencjalni bankruci mieliby szansę być notowani po cenach bliższych innym firmom z sektora (wartość względna używana w AT) niż szorować dno.
To model jedynie teoretyczny ponieważ codzienność na giełdzie pozostaje pod wpływem również Analizy fundamentalnej (a co do tego, iż urealnia ona wyceny nikogo przekonywać nie trzeba) jak również działań intuicyjnych/uznaniowych, silnie kształtowanych emocjami i błędami behawioralnymi. W tym właśnie miejscu kończy się neutralność A.T. Analitycy fundamentalni coraz częściej posługują się A.T. do wyznaczania punktów wejścia na rynek, a traderzy intuicyjni wzbogacają swoje decyzje technicznymi elementami (lub odwrotnie). W rezultacie A.T. pod różną postacią akceleruje ruchy transmitowane ze spółek przez analityków fundamentalnych lub wszystkich tych śledzących i reagujących w każdy inny sposób na informacje ze spółek, rynku i jego okolic.
Obawy pojawiające się w dyskusji wspomnianej na początku dotyczą roli algorytmów, które w znakomitej większości abstrahują w decyzjach od tego jak kształtują się kursy spółek wobec ich wartości wewnętrznej, czyli nie interesują je owe „sprawiedliwe wyceny” (fair value). Wyznacznikiem ich działania jest wyszukanie przewagi gdziekolwiek czyli nawet niewielkich nieefektywności istniejących we wszystkich możliwych miejscach rynku. Akurat ani A.T. ani A.F. nie są jakąś znaczącą inspiracją w kodowaniu algorytmów, dominacja zleceń bierze się z arbitrażu, kopania w danych (data mining) czy przewagi w szybkości, a w takiej sytuacji i przy sporym udziale w notowaniach (rzędu dziesiątek procent) rzeczywiście ceny na parkiecie mogłyby odjechać od teoretycznej wartości spółek. Tak się jednak dotąd nie stało, choćby na rynku amerykańskim pomimo znacznego wolumenu pochodzącego z algorytmów (do 70-80%, obecnie kurczy się), to fundamenty i błędy behawioralne (jak choćby „herding” – stadne ruchy) decydowały o głównych trendach.
Ciekawe jest to, że w tym najbardziej rynkowym ekosystemie, w sensie nieskrępowania i wolności działania, niewidzialna ręka rynku wcale nie działa optymalnie. Efektywnie działający rynek powinien przecież znaleźć sposób na zamknięcie luki między wartością spółki a jej ceną. Tymczasem algorytmy wcale się do tego nie palą. Powód jest być może prozaiczny – jak ustalić co jest tanie a co drogie i ile powinno kosztować naprawdę (fair value)? Wystarczy spojrzeć na rekomendacje dowolnej spółki – paleta rozpiętości wycen jest dość szeroka, nie mówiąc o tym, że tam gdzie jedni sugerują akumulację, inni chcieliby już sprzedawać. Roboty zamiast tego skupiają się na wartościach relatywnych, arbitrażując ceny spółek zamiast ustalać ich realną wartość.
Z punktu widzenia inwestorów różnica między kursami a wycenami spółek jest bez znaczenia, nawet więcej – gdyby nie było różnicy część strategii w ogóle przestałaby działać (jak np. ikonograficzne „value investing”). Stan permanentnego braku balansu jest nie tylko naturalny, ale wręcz wskazany, również z punktu widzenia obrotu i prowizji. Nawet jeśli maszyny zdominują obroty zawsze znajdzie się jakiś Buffett, który uratuje świat, za dużo pieniędzy leży na stole by przejść obok obojętnie. A kaganiec algorytmom założyć można zawsze.
—kathay—-


Dodaj komentarz