Na blogach bossy i w szeroko rozumianej blogosferze okołorynkowej często wraca temat wynagrodzeń prezesów spółek z akcentem, co zrozumiałe, na szefów instytucji finansowych. Nie oceniając intencji tych opinii, odnoszę wrażenie, iż w sporze pomija się kluczowy fakt w postaci kondycji spółek o słabej polityce kadrowej, których porażki są bazą do wielkich zarobków ludzi dobrze zarządzają firmami.
Tytułem wstępu powiem, że ze zrozumiałych przyczyn ludzie lubią skupiać się na porażkach konkretnych postaci – czytaj prezesów – ale pomijają problemy spółek, które nie mogą znaleźć ludzi wystarczająco zdolnych do dobrego pokierowania firmą. Spersonalizowanie problemu to jeden z elementarnych zabiegów w kreowaniu wrogów publicznych, ale dla inwestora takie postawienie akcentów jest zupełnym pomieszaniem porządków. Inwestora musi interesować wynik spółki i perspektywy spółki a nie to, czy prezes ma sejf pełen diamentów.
Tylko w bieżącym tygodniu świat obiegła informacja, iż fotel Yahoo! objął kolejny prezes na przestrzeni kilku lat. Z punktu widzenia inwestującego w akcje Yahoo! Trudno nie odnieść wrażenia, iż naczelnym problem spółki jest znalezienie kogoś, kto wyśni ten biznes na nowo. Osobiście uważam, że akcjonariusze Yahoo! nie byliby w tym punkcie, w którym są, gdyby nie kryzys przywództwa. Od lat akcje Yahoo! właściwie nie rosną a firma zdaje się zmierzać w kierunku utraty pozycji rynkowej. Czy ktoś z Państwa kupiłby akcje Yahoo!, kiedy widzi, że od lat nie ma tam zarządu, który przekonałby rynek?
Oczywiście możemy powiedzieć, że problem Yahoo! polega głównie na zmianie sposobu konsumowania treści w internecie i nikt nie może uratować spółki przed degradacją. Problem w tym, że analogiczna sytuacja ma miejsce w firmie Hewlett-Packard, która po wyrzuceniu jednego z udanych prezesów ciągle nie może znaleźć postaci zdolnej do pokierowania spółką-liderem sektora. Od miesięcy prezesi Yahoo! oraz H-P nie stawiają przed inwestorami – czyli cząstkowymi właścicielami spółki – czytelnych wizji tego, w jakim punkcie będą firmy za kilka lat.
W tym momencie powstaje pytanie o milionowe zarobki szefów. Czy dla akcjonariuszy Hewlett-Packard lub Yahoo! lepszym rozwiązaniem jest poddanie się populistycznej modzie na ograniczanie pensji szefów, czy też lepiej byłoby postawić przed jakimś utalentowanym menadżerem zadania za pieniądze, które rozpaliłyby do czerwoności wrażliwych na czyjeś bogactwo? Z punktu widzenia inwestora ważniejsze od wielkości pensji prezesów jest to, czy władze potrafią dodać spółce wartości i tak ułożyć całość biznesu, by do akcjonariuszy płynęły stabilne dywidendy.
Rozumiem, że w Polsce trudne jest zrozumienie prostej sprawy, iż bycie spółką publiczną notowaną na giełdzie w największym stopniu wiąże się z budowaniem wartości firmy i dzieleniem się zyskami. Giełda bez dywidendy i wzrostów wartości firm staje czymś, co musi uschnąć, bo nikt nie „zaparkuje” w akcjach pieniędzy, które nie będą przynosiły stóp zwrotu lepszych od bezpieczniejszych ofert. Niestety, tego nie da się zrobić bez dobrego zarządu i – w dzisiejszych czasach – dobrze opłacanych ludzi na szczycie, którzy jawią się 99 procent społeczeństwa, jako jednoprocentowa arystokracja.
Nie tylko ja uważam, że dobry zarząd spółki jest kluczowym elementem dla tego, jak firma poradzi sobie w przyszłości i zupełnie nie zajmuje mnie to, czy pan X czy Y kupi sobie za swoje opcje pierwszy czy dziesiąty jacht. Jeśli prezes – mówiąc kolokwialnie – performuje razem ze spółką, to nie rozumiem dlaczego nie miałby otrzymywać wynagrodzeń, które dla wielu ocierają się już o pojęcia grzechu i pychy. Jakby to brutalnie nie brzmiało, dla osoby posiadającej akcje pensja szefa powinna być oceniania tylko i wyłącznie przez pryzmat dwóch elementów – wzrostu wartości spółki i wzrostu zysków. Wszystko inne, jak sądzę, to temat dla prasy brukowej lub osób tracących czas na interesowanie się czyimś pieniędzmi.


@ Czytelnik To są interesujące pytania ale wymagają dobrej, "długiej", bazy danych z notowaniami amerykańskich spółek.