Rzadko zdarza się, by z Wall Street docierały informacje pośrednio tylko związane z funkcjonowaniem rynku i gospodarki. Generalnie rzecz ujmując większość doniesień koncentruje się na gospodarce i instrumentach finansowych a jeśli mówi się o systemie, jako całości to zwykle jest to mieszanka pogardy z podziwem.
Ostatnie dni przynoszą jednak informacje, iż na Wall Street odbywa się rewolucyjne poruszenie przeciwko chciwym bankom i ludziom, który kradną czwartą część bogactwa Ameryki. Z doniesień i laurek pisanych na temat w polskiej prasie dowiemy się, że to działanie noszące znamiona rewolucji, w której masy postanowiły zaprotestować przeciwko prywatyzacji zysków i upublicznianiu strat. Ma to być początek czegoś wielkiego, co zmieni świat. Nie zmieni, bo cały ten protest opiera się na źle ulokowanej złości i przekonaniu – również propagowanym przez część komentatorów rynkowych – iż działania Fed nie przysłużyły się gospodarce tylko tłustym kotom na Wall Street.
Kiedy widzę te wszystkie hasła typu „Greed kills” nie mogę pozbyć się wrażenia, iż w dużej mierze wynikają one z niezrozumienia systemu finansowego, którego centralnym punktem stały się banki oferujące na masową skalę depozyty i kredyty. Z jakiejś niezrozumiałej dla mnie przyczyny branża finansowa pogodziła się z łatką, iż w środku kryzysu państwo musiało przyjść i wrzucić do systemu miliardy dolarów (lub euro) dlatego, że banksterzy chcieli wypłacić sobie premie na kolejne jachty. Przecież to jest jedna z najbardziej bzdurnych tez, jaką można na ten temat postawić i pomijająca wydarzenia, które mogły mieć i miałyby miejsce, gdyby takiej pomocy nie było.
Grubo rysując problem, w 2007, 2008 roku i dziś w Europie państwa i banki centralne nie przychodziły z pomocą wielu bankom dlatego, że potrzebowały pieniędzy, ale dlatego, że odcinały siebie i innych od pieniądza starając się wyprzedzić potencjalne odcięcie od finansowania przez innych. Wejście do gry Fed, Banku Anglii czy Europejskiego Banku Centralnego było spowodowane koniecznością podtrzymania systemu. Chodziło o to, żeby z piątku na poniedziałek nie przestał istnieć sektor bankowy. Najwyraźniej ludzie, którzy dziś siedzą, czy maszerują po Wall Street nie chcą docenić jednego faktu – w 2008 roku udało uniknąć się zjawiska, które ma ładną angielską nazwę „bank run”.
Praktycznie każdy kryzys, którego efektem jest „run on the bank” oznacza, iż za chciwość nie są karane instytucje, które nabroiły najbardziej, ale wszystkie instytucje, które są w systemie. Kiedy ludzie zaczynają słyszeć, że banki mogą upaść lub dowiadują się, że bank obsługujący sąsiada upadł, to nie spekulują na temat tego, czy ich bank upadnie, ale idą po swoje pieniądze. Całość rozprzestrzenia się na zasadzie pożaru, w którym każdy próbuje złapać kawałek swojego mienia i uciec przez okno. To dlatego w 2008 roku większość rządów zagwarantowała depozyty w bankach. Ktoś jeszcze pamięta przypadek banku Northern Rock, który poszedł pod wodę chociaż nie broił na rynku a grzecznie udzielał pożyczek?
To zresztą ciekawe, jak łatwo przeciwnicy Wall Street nazywają kryzys ostatnich lat największym od lat trzydziestych XX wieku i jak chętnie pomijają problem, iż w latach 1929-1933 blisko 40 procent banków w USA upadło. W istocie w 1929 roku w USA było przeszło 25000 banków, ale do roku 1933 przetrwało niewiele więcej niż 15000. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć, co stało się z podażą pieniądza i dlaczego kryzys lat trzydziestych był taki, jaki był. Jednak zwolennicy ukarania banksterów z Wall Street nie przejmują się takimi drobiazgami, bo miecz, który niosą ma przywrócić sprawiedliwość.
Chciałbym zobaczyć miny wszystkich zwolenników zmiany na Wall Street, gdyby w najostrzejszej fazie kryzysu Rezerwa Federalna i rząd w Waszyngtonie nie pojawiły się z workiem pieniędzy. Myślę, że dziś większość z nich nie stałaby na Wall Street z tablicami „Greed kills”, ale z tablicami „Will work for…”. Polscy sympatycy okupacji Wall Street mogą kibicować ruchowi tylko dlatego, że również polski rząd w czasie kryzysu zagwarantował depozyty w bankach i nie musieli stanąć w kolejce po swoje lokaty. Możliwe, że świat potrzebuje przypomnienia tego, czym jest zjawisko „run on the bank”, żebyśmy wszyscy docenili działania władz z lat 2007-2008 i przestali mieszać coś, co musiało zostać zrobione z tzw. walką klasową, która była na świecie, gdy Wall Street jeszcze nie istniała.
W tym ostatnim widzę klucz do tego, co dzieje się na Wall Street. To pospolite ruszenie jest w dużej mierze zbieraniną postulatów od ukarania winnych za kryzys po zniesienie kary śmierci. Każdy przychodzi tam niosąc własne marzenia o tym, co ruch i protesty mogą zmienić. Odważyłbym się na tezę, iż Wall Street jest tu tylko pretekstem i została wybrana, bo ludzie dobrze wyczuwają, gdzie dziś leży władza i jak mało mogą politycy. Niestety – dla projektujących swoje nadzieje sympatyków zamieszania – tej Bastylii nie da się zburzyć, bo Wall Street jest tylko ambasadorem pewnego porządku a nie królem, którego można zgilotynować.


Dodaj komentarz