Wczoraj zobowiązałem się do napisania notki, która będzie przeciwwagą dla idei, które prezentuje na blogach bossy Tomek Symonowicz. Punktem wyjścia jest poczucie, że cała masa zabiegów, które czyni Tomek, by analizę techniczną wyrwać z więzienia subiektywnych wyborów buduje obraz rynku, jako rzeczywistości skrajnie oderwanej od tego, czym naprawdę żyje i powinien żyć inwestor indywidualny.
Tytułem wstępu muszę jednak dodać zastrzeżenie, iż nie lubię tekstów o wymowie kaznodziejskiej i obsadzania się w roli „wujaszka dobra rada”. W sumie niechęcią darzę psychologię biznesu, trenerów rozwoju osobistego i zwolenników mówienia mi, jak mam żyć. Może jeszcze nie dorosłem do tego poziomu. Niestety w dalszej części nie udało się uniknąć takiej nuty, więc jako autor łączę się w bólu z czytelnikami, którzy nie lubią mądrowania się. Cele jest jednak prosty – wyrównać nieco akcenty na blogach bossy. Może kiedyś znajdę czas na to, żeby pokazać, że nie istnieje inwestowanie w oparciu o analizę techniczną bez analizującego i interpretacji.
Tu tylko napiszę, że na obecnym etapie – i chyba nigdy kolejnego nie będzie – tzw obiektywna analiza techniczna jest niczym więcej ponad przyłożeniem do klasycznej AT narzędzi wykorzystywanych w czesaniu baz danych (data mining). Na dziś wnioskowanie statystyczne nie wychodzi poza hipotezy a wartość prognostyczna pozostaje zerowa. Wydaje mi się, że zwolennicy tej metody przeczytali Karla Poppera i jego zalecenie traktowania nauki, jako mnożenia hipotez, ale zapomnieli, że zalecał on jednocześnie agresywne dążenie do obalania postawionych hipotez.
W istocie badania pokazują, że nawet w strategiach arbitrażowych, z definicji uznawanych za neutralne, w momentach największych przesileń pojawiają się korekty oparte o jednostkowe wybory, których starano się uniknąć budując systemy do arbitrażu. Nie istnieje system, który automatycznie ochroni przed spotkaniem z czarnym łabędziem. Z takim smokiem trzeba walczyć subiektywnymi ocenami, które przyjmują tak nieobiektywne modele, jak „wyczuć bessę” czy – mądrzej – „dostrzec nierównowagę w systemie” albo „zrozumieć, że mamy do czynienia z bańką spekulacyjną” i – nadużywany w mediach – „przewidzieć kryzys”.
Punktem wyjścia notki jest teza, iż inwestor indywidualny, który pojawia się na rynku, nie powinien poświęcać zbyt wiele energii na zadawanie sobie pytań o obiektywizm swoich decyzji, ale po co właściwie wchodzi do gry i jakie są realne koszty przystąpienia. Reszta jest kwestią wyboru strategii. Giełda jest rzeczywistością, w której każdy dzień może przynosić huśtawkę emocjonalną w postaci strat i zysków. Przy rosnącym kapitale dochodzi się do punktu, w którym w trakcie pojedynczej sesji należy liczyć się z obsunięciami równowartości miesięcznych dochodów. Z drugiej strony nieumiejętne stosowanie stoplossów, chorobliwie w Polsce rozpropagowanych w oderwaniu od celów – które mogą wykluczać zupełnie używanie zleceń obcinających straty – skazuje na niepotrzebne wypadanie z rynku.
Wybierz swój benchmark
Kilka lat temu, na portalu Grzegorza Zalewskiego, postawiłem tezę, że każdy gracz musi na wejściu do gry wybrać sobie jakiś benchmark, przez pryzmat którego będzie oceniał własną skuteczność na rynku. W branży powszechnie stosuje się np. indeksy giełdowe, ale wadą takiego podejścia jest to, iż abstrahuje ono od sytuacji życiowej i materialnej poszczególnych osób. Mówiąc w skrócie 60-letni mężczyzna z ograniczoną akceptacją dla ryzyka powinien ostrożnie równać się do benchmarku wymyślonego dla rynków akcji.
Trudno bowiem pobić rynek akcji, gdy konstruuje się portfel, w którym akcje stanowią powiedzmy 40 procent inwestycji a pozostałą część ulokowano w segmentach nieskorelowanych lub negatywnie skorelowanych z rynkami akcji. Osoba taka już na starcie skazuje się na przegraną np. z indeksem WIG20, gdy na rynku akcji pojawia się hossa. Pytanie, czy cele postawione na wejściu – powiedzmy stabilny wzrost z otwarciem na większe zyski poprzez ekspozycję na rynek akcji – uzasadniają równanie się z czymś, co ma 100-procentowy udział rynku akcji. Moim zdaniem nie, ale w taką pułapkę wpada wielu oceniających swoje wyniki.
Benchmarkiem dla takiego przypadku są fundusze stabilnego wzrostu, z którymi inwestor powinien porównywać swoje sukcesy na rynku. Wówczas trudno będzie mówić o 40-procentowych zwrotach, ale też bardzo wysoka stopa zwrotu z funduszy stabilnego wzrostu jest raczej zbiegiem okoliczności niż regułą. Inaczej rzecz ujmując krzyczące z pierwszych stron gazet teksty „akcje dały zarobić” nijak mają się do tego, co przykładowy 60-latek postawił sobie konstruując własne cele.
Policz wszystkie koszty
Kolejną sprawą w ocenie własnej skuteczności jest porównanie własnego wyniku z benchmarkiem po roku lub innej założonej jednostce czasu. W przypadku budowania strategii obliczonej na dłuższą perspektywę trudno porównywać własny wynik z benchmarkiem kwartał do kwartału. Niemniej po trzech miesiącach można już sprawdzić najważniejszą moim zdaniem zmienną w procesie inwestycyjnym – uzyskaną przewagę na poświęconą jednostkę czasu.
Jeśli na wejściu założyliśmy, że chcemy wygrać z koszykiem jakichś funduszy, to w określonych punktach należy sprawdzać, jak to wygląda w porównaniu do zaangażowania w analizę i poszukiwanie spółek, które pozwoliły wygrać z wybranym przez siebie benchmarkiem. Obrazowo rzecz ujmując, jeśli benchmark dał stopę zwrotu na poziomie 10 procent r/r, a my wygraliśmy z nim uzyskując stopę zwrotu na poziomie 12 procent, to nagrodą za nasze bezpośrednie zaangażowanie na rynku jest owe 2 procent.
Oczywiście 2 procent z 200.000 złotych i 2 procent z 50.000 złotych daje zupełnie inne pieniądze, ale w każdym z tych przypadków można policzyć zysk w kontekście poświęconego czasu. Można założyć, że osoba o większym portfelu – jeśli nie odziedziczyła majątku – ma wiedzę i możliwości zarabiania pozwalające budować taką skalę oszczędności. Wówczas trzeba zadać sobie pytanie, czy czas poświęcony na owe 4.000 zł zysku ponad benchmark był czasem dobrze ulokowanym. Może jednak warto było kupić koszyk funduszy i poświęcić czas na zarobienie tych 4.000 zł poza giełdą? Czy czas poświęcony nie był czasem odebranym innym ważnym celom?
Własny sens
Część z Państwa pewnie zadaje sobie pytanie, czy człowiek biura nie strzela sobie właśnie w stopę zniechęcają do gry na giełdzie. Nic z tych rzeczy. Zachęcam raczej do poszukiwania takich form inwestycji, które będą bezpośrednio związane z konkretnymi przypadkami. Żeby zbudować portfel z 40-procentową ekspozycją na rynek akcji wcale nie trzeba poświęcać na to wielu godzin w tygodniu i hamletyzować na temat trendów. Rozwój ETF-ów, czy choćby wybranie kilku spółek z WIG20 właściwie załatwia problem. Wrzucenie 40-procent środków w WIG20 można zrobić kupując kilka spółek dobrze pokrywających zachowanie indeksu.
Giełda, mimo medialnej gorączki związanej z komentowaniem każdej pojedynczej sesji jest również dla ludzi, którzy maja zamiar interesować się nią tylko określony czas w tygodniu. Uznawany, osobna sprawa czy słusznie, król spekulantów Jesse Livermore powiedział kiedyś, że I’ve made my money by sitting and waiting. Naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by dokonywać korekt w portfelu raz na kwartał wedle założonych wcześniej kryteriów. Rebalancing portfela – straszna nazwa, ale w przypadku inwestorów indywidualnych sprowadzająca się do wyrównywania udziałów akcji/obligacji/lokat wedle wcześniej założonego modelu procentowego – nie wymaga picia porannej kawy i jednoczesnego katowania się serwisem przynoszącym 3000 newsów dziennie. To warto zostawić maklerom. Również za śledzenie tego szumu i wyławianie ważnych treści biorą pieniądze.
Na koniec – notka zrobiła się już skrajnie długa, ale kaznodzieje mają tendencje do słowotoku – warto pamiętać o elementach, które słabo przekładają się na konkretne zyski. Większe zaangażowanie w poznanie giełdy i szukanie swojej szansy w aktywnej spekulacji czy inwestowaniu ma wartość dodaną w postaci wiedzy, jaką zdobywa się z każdym wejściem na rynek. Wieloletnia obecność na giełdzie i śledzenie rynku uczy szacunku dla trendów, dobrych spółek przynoszących dochody i/lub płacących regularne dywidendy a pogardy dla sięgających co dwa lata po nową emisję. Uczy omijania spekulacyjnych błyskotek, które przelatują przez rynek niczym meteoryty. Nawet nieudana próba pokonania własnego benchmarku ma też zalety w postaci zdobytej wiedzy.
Kiedyś uważałem, że przegranie z wybranym przez siebie benchmarkiem oznacza, iż straciło się pieniądze (równą różnicy pomiędzy własnym wynikiem a benchmarkiem) i czas, który wydaliśmy na analizę a mogliśmy poświęcić na coś innego. Dziś byłbym jednak ostrożniejszy. Przegranie z benchmarkiem o wcześniej przywołane 2 procent przy jednoczesnym poznaniu mechanizmów czy np. sterowania ryzykiem w zależności od wieku może w przyszłości przynieść okazje inwestycyjne lub pozwoli uniknąć zagrożeń, których nie sposób dostrzec bez doświadczenia. Obrazowo rzecz ujmując gra w oparciu o trendy i tracenie pieniędzy w czasie trendów bocznych może w przyszłości pozwolić spokojniej oglądać wyniki funduszu, który opiera swoją aktywność właśnie na grze z trendami.
Na dziś wystarczy. Jeśli starczy czasu, to w kolejnej części subiektywne wyliczenie pominiętych w powyższej notce motywacji obecności na rynku.


Dodaj komentarz