Inwestowanie za pomocą komputerów, bez lub z minimalnym udziałem człowieka, obrosło mitami, stereotypami, nieporozumieniami i złą sławą. Za większością z nich stoi, jak to zwykle bywa, niezrozumienie.
Rewolucja jaką przyniosły komputery i nowoczesne technologie (w tym internet) jest nie do zatrzymania, dlaczego inaczej miałoby być w branży inwestycyjnej? Tym bardziej, że otwiera do bramę to całkowicie nowych rozwiązań i strategii.
Przede wszystkim: niemal wszystkie pomysły w zakresie inwestowania, spekulacji czy po prostu osiągania przewagi nad rynkiem można dziś zamienić w komputerowe kody a następnie mechanicznie uruchomić do działania. W tym całą Analizę Techniczną oczywiście. Czy ktoś ma złudzenia, że nie zrobiły tego jeszcze bajecznie bogate fundusze hedgingowe, dla których pracują najzdolniejsi matematycy, informatycy, fizycy i specjaliści od wielu innych dziedzin, których wymienianie zajęłoby jeden porządny wpis? Sprawy zaszły dużo dalej bo w komputerowe ciągi zer i jedynek można zamieniać odległe wydawać by się mogło pomysły jak czytanie i interpretację newsów w czasie rzeczywistym, astrologię, poziom nastrojów piszących na blogach i forach giełdowych czy chaos i fraktale.
Gdzie tu miejsce dla śmiertelników? Którzy w przeciwieństwie do komputerów muszą kiedyś spać, jeść, odpocząć, którzy niestety podlegają emocjom, nie posiadają nawet ułamka komputerowych zdolności obliczeniowych oraz precyzji i szybkości. Nie wspominając, że komputer nie żąda pensji czy udziału w zyskach, urlopu, L4 lub socjalnych przywilejów. Odpowiedź jedyna i być może tylko przez jakiś czas jeszcze aktualna: maszynom nadal brakuje ludzkiej inteligencji, intuicji czy wyobraźni. Co wcale nie przesądza o tym, że homo sapiens dysponują zdecydowaną przewagą. Prace nad sztuczną inteligencją czy uczącymi się na błędach algorytmami genetycznymi są już na etapie wstępnych realizacji w praktyce. Powiedzmy, że w tym wyścigu każda ze stron dysponuje pewnymi specyficznymi zaletami.
Gdzie w takim razie tkwi realna i praktyczna przewaga maszyn? Mam na myśli te odpowiedzialne za lwią część obrotów w USA, w zależności od giełdy obliczanych na 50 do 90 % całości realizowanego wolumenu, podpięte najczęściej bezpośrednio na parkiet przez firmy o miliardowych kapitałach. Dodajmy podpięte niemal na wyciągnięcie ręki gdyż rywalizacja o ultraszybkie zyski przeniosła się nawet do wyścigu o postawienie własnego serwera w jak najbliższej, fizycznej odległości od systemu giełdowego obrotu co oszczędza mikrosekundy w transakcjach. Z tego właśnie powodu te grające maszyny widzą oferty szybciej niż reszta świata i pierwsze plasują zlecenia. W zbiorowej świadomości cały ten biznes funkcjonuje pod nazwą HFT – High Frequency Trading (trading o dużej częstotliwości transakcji) i w pierwszej dziesiątce najpotężniejszych funduszy hedgingowych królują tego właśnie typu firmy.
Ich taktyka w żadnej mierze nie opiera się na tradycyjnym otwieraniu pozycji kierunkowej czyli znanym nam określeniu jednej ze spodziewanych tendencji przyszłego ruchu i stosownym do tego kupnie bądź sprzedaży papierów wartościowych. Ich domena to arbitraż wszelkiego rodzaju a więc jednoczesne zajęcie przeciwstawnych pozycji w 2 lub więcej różnych spółkach, derywatach lub równocześnie w akcjach i derywatach. Czas trwania tych transakcji od otwarcia do zamknięcia liczony jest w sekundach, czasem w minutach. Jednostkowe zyski to rząd ułamków procenta. Dziennie są w stanie przerobić kilka tysięcy tego rodzaju wejść i wyjść, liczonych w milionach sztuk papierów. Udowodniono, że gasi to zmienność i zmniejsza widełki a także wzbogaca płynność. Szacunki mówią, że działy HFT największych banków typu Goldman Sachs potrafią za pomocą tak ustawionych maszyn zarabiać po circa 100 000 $ dziennie.
Drugi nurt obejmuje spekulację, którą nazwalibyśmy zupełnie zasadnie skalpowaniem. Mając przewagę w czasie dostępu i realizacji, komputery błyskawicznie plasują zlecenia przed najlepsze widniejące na tablicy oferty po obu stronach, zgarniając centy, które w tysiącach wejść zamieniają się w worki dolarów. To dlatego firmy HFT coraz częściej pełnią rolę market makerów (animatorów).
Obie powyższe strategie to dominujące dziś praktyki komputerowych gigantów algo tradingu. To o nich chce powalczyć GPW starając się o nową infrastrukturę, która zastąpi Warset.
Natomiast cały przemysł znany nam jako mechaniczne systemy inwestycyjne to zaledwie ułamek tych praktyk opisanych wyżej. Dotyczy głównie derywatów (zdecydowanie najczęściej kontraktów terminowych) i rynku walutowego Forex. W dużej mierze realizowany jest przez detal – poczynając od firm zarządzających rachunkami na zlecenie tzw. managed accounts takich jak Superfund, którego komputery spekulują na ok. 120 różnych kontraktach jednocześnie, przez tzw. robobrokerów, czyli domy maklerskie, u których można wynająć system, po inwestorów indywidualnych, realizujących transakcje właśnie za pomocą API. Czas trwania transakcji w tej niszy rynkowej jest zdecydowanie dłuższy – od minut po lata.
Tysiące gotowych kodów do zastosowania przez owe systemy mechaniczne z łatwością można znaleźć w internecie. Przeczytałem ostatnio w jednej z polskich gazet, że połowa z nich działa z sukcesem. To dużo zawyżony szacunek. Oceniam, że stabilność połączoną z zyskownością osiąga może procent lub góra dwa z całej tej masy. Z pewnością charakteryzuje je duża zmienność z powodu dźwigni, większa niż opisywanych HFT. Minęły jednak czasy gdy były królami parkietów.
Nie sposób przy tej okazji przypomnieć o zbieżności nazw. Często używa się w mediach terminu „program trading” i może to być mylące dla inwestorów ponieważ tym mianem określa się zarówno opisywany wyżej trading wykonywany przez komputery jak i sposób wprowadzania zleceń do obrotu. Otóż największe światowe giełdy, jak choćby NYSE, mają możliwość wpięcia do swojej sieci algorytmów, wykonujących zlecenia w określony sposób – dzieląc je w dowolnej konfiguracji, ukrywając czy multiplikując (znane nam koszyki). Owe algorytmy to jednak zupełnie inna para butów niż kody zarządzające decyzjami po stronie inwestorów.
Czy tradycyjni inwestorzy powinni mieć powody do obaw ? Myślę, że nie.
Charakterystyczna dla nich eksploatacja trendów dziennych czy godzinowych to tylko ułamek zjawiska algo tradingu. Człowiek ma tutaj jednak przewagę nad maszynami, które z trudem radzą sobie z niestacjonarnością procesów. Dobre pomysły na uzyskanie przewagi nadal będą w cenie. Trzeba sobie tylko uświadomić, że po drugiej stronie naszej transakcji coraz częściej będzie stał komputer.
—***Kat***—


Dodaj komentarz