Sequel WallStreet zbliża się do Polski małymi krokami – premiera dopiero we wrześniu – ale jak widać po części wpisów na blogach bossy i wypowiedziach prezesa GPW same zapowiedzi wywołują duże emocje. Podejrzewam, że szybko stanie się to równie kultowy produkt, jak część pierwsza. Zadałem sobie trud przeczytania scenariusza części drugiej i znalazłem tam zdanie, które jest sponsorem dzisiejszej notki. Będzie troszkę po kaznodziejsku, ale ostatnie tygodnie na blogach bossy były dla mnie zbyt abstrakcyjne i mocno oderwane od potocznego doświadczenia.
W jednej ze scen, nie wiem, czy znajdzie się w finałowej wersji filmu, autor dialogów zmusza Gordona Gekko do wypowiedzenia następującego tekstu:
CMO, CLO, CBO, CDO, CDS, SPE, ABCP, SIV, REMIC, CMBS, toxic traunches, ninja loans, credit default swaps, affinity marketing, stapled financing, synthetic securitization. Możliwe, że długie więzienie zrobiło swoje, ale nie mam bladego pojęcia o połowie tego szajsu.*
Domyślam się, że wielu czytelników uśmiechnęło się do siebie, bo pamiętamy wspólne próby rozwikłania wielu podobnych skrótów i pojęć w roku 2008, kiedy okazało, że te wszystkie instrumenty i techniki z pogranicza inżynierii i magii finansowej wypełzły na światło dzienne grzebiąc ich twórców w spirali spadku zaufania do rynków finansowych. Owo poczucie niezrozumienia wróciło ostatnio za sprawą opisanego już przez Tomka Symonowicza feralnego czwartku z flash crashem. Znów dzięki zapaści rynku standardowemu inwestorowi objawił się świat, którego nie znał i którego istnienia nie podejrzewał. Ilu czytelników Wyborczej Biz czy zielonych stron Rzeczpospolitej miało okazję dowiedzieć, iż za 70 procent obrotu na rynkach odpowiada High Frequency Trading? Podejrzewam, że garstka.
W istocie w Polsce nie mamy pojęcia o wojnie na milisekundy pomiędzy największymi arbitrażystami pakującymi swoje komputery do biur obok giełd lub samych giełd, żeby wygrać z konkurencją szybkością docierających na rynek zleceń. Niewielu też jest wstanie pojąć metody, jakimi posługują się dziś najwięksi gracze i co właściwie dzieje się na rynku, przez które przelatują miliony zleceń. Czujecie się Państwo sfrustrowani? Witajcie w całkiem licznym klubie. Jak powiedział jeden z amerykańskich prawników „nikt nie ma dziś pełnego obrazu tego, co dzieje się minuta po minucie na rynkach”. Nie mają go pracownicy „diabelskiego” Goldmana i komentatorzy rynkowi. Dziennikarze i analitycy giełdowi, którzy chętnie wyjaśniają w mediach każde wahnięcie i strukturyzują dla Państwa poszatkowaną rzeczywistość.
Naprawdę ograniczona wiedza jest czymś, na co na rynku jesteśmy skazani. Takie same problemy mają przedsiębiorcy, którzy zdawałoby się nie zajmują się przewidywaniem przyszłości. Spróbujcie postawić się w sytuacji, w której importujecie węgiel z Ukrainy i pomyślcie, ile niepewności kryje się w sumie prostym przywiezieniu kilku pociągów węgla z kopalni w Doniecku. Aż dziw bierze, że ktoś to robi pierwszy raz w życiu. Oczywiście przedsiębiorca jest w lepszej sytuacji, bo przynajmniej część ryzyka może przerzucić na ubezpieczyciela czy oferującego przejęcie ryzyka za opłatą. Gracz na rynku ma znacznie mniejsze możliwości zabezpieczenia się przed brakiem własnej wiedzy o tym, co wydarzy się w przyszłości. Stąd uczulamy Państwa na ryzyko, zmienność i szarlatanów obiecujących wgląd w szklane kule.
Nie chcemy jednak wygonić Was z rynku zbyt mądrymi zdaniami i obrazem świata, którego nie sposób zrozumieć. Niepewność i brak wiedzy o rzeczywistości są elementami obecności na rynku. Pozostaje się z tym pogodzić. Ryzyko jest wpisanie w rynek i to niezależnie od tego, jak dużo mądrych rzeczy na temat jego unikania przeczytamy. Nie ma na świecie perfekcyjnych definicji, miary i wreszcie modelu ryzyka, które pozwoliłyby uniknąć zderzenia ze ścianą. Idę o zakład, że najwięksi mądrale na rynkach nie jeden raz przekroczyli granicę przed którą przestrzegają. Sam miałbym tu kilka anegdot do opowiedzenia a i Grzegorz Zalewski czy Tomek Symonowicz – jak sądzę – mieliby się z czego spowiadać. Kto wie, czy najlepszym wskaźnikiem przekroczenia własnego progu ryzyka nie jest moment, kiedy zajęte pozycje nie pozwalają przespać w spokoju nocy. Do poczucia tego nie potrzeba żadnego wzoru matematycznego.
*cytat w oryginalne brzmi:
CMO’s, CLO’s, CBO’s, CDO’s, CDS’s, SPE’s, ABCP’s,SIV’s, REMIC’s, CMBS’s, toxic traunches, ninja loans, credit default swaps, affinity marketing, stapled financing, synthetic securitization. Maybe I was in prison too long but I have no idea what half that shit means.


Dodaj komentarz