Ciąg dalszy rozmowy rozpoczętej w pierwszej części. Temat kolejnego wątku: przewaga
Kat: Przejdźmy do części jak najbardziej praktycznej. Przejrzeliśmy wspólnie i przedyskutowaliśmy listę większości Twoich transakcji zrobionych przez ponad 3 lata na 2 rachunkach forexowych. Robiłeś sporo notatek, dziwiłeś się, zaprzeczałeś, mam nadzieję, że wyciągałeś sensowne wnioski. Co według Ciebie było największym błędem w Twojej spekulacji ?
Krzysztof: Ups, było ich tyle, że nie wiem, który wybrać… Przede wszystkim muszę Ci bardzo podziękować za tę wspólną pracę. Dla mnie było to skuteczniejsze i bardziej pouczające niż kilkanaście książek, jakie ostatnio przeczytałem, wpadając dzięki nim w jeszcze czarniejszą dziurę wiedzy o inwestowaniu. Jednak spojrzenie kogoś z boku to ożywcze i inspirujące doświadczenie. Mówiąc szczerze przywróciło mi to wiarę w siebie i w zdolności do zrozumienia tego, co się na rynkach rzeczywiście dzieje. No i te błędy widzę teraz jak na patelni. Ten reset był mi potrzebny.
OK, OK, ale to nie jest jeszcze finisz, to zaledwie prolog 🙂 Ostudzę Twój entuzjazm przypominając pytanie: co uważasz za największy popełniony grzech przy tradingu?
(po długim namyśle) Chyba jednak stawiałbym na brak wystarczającego przygotowania emocjonalnego, takiego zdobywanego na polu walki, nie tylko tego życiowego, choć pewnie oba się łączą w jakimś momencie. Wydawało się, że mam wszystko pod kontrolą, ale to zaczęło przeciekać między palcami, szczególnie w ekstremalnych sytuacjach. Pamiętam nawet, jak poddawałem się w walce i zostawiałem bezbronną pozycję na pastwę losu, czekając, co zrobi z nią los. To był klincz, paraliż decyzyjny, było mi wszystko jedno i bardziej kombinowałem w takiej sytuacji jak zacząć od nowa, albo jaką transakcją poprawić sobie saldo i nastrój. No bo największe straty pochodziły w zasadzie z pozostawionych bez opieki pozycji zanurzonych w bagnie… I z moich przekonań, że rynek przeszarżował, odpłynął, zachowuje się wbrew wszelkim przesłankom i rzeczywistym zależnościom ekonomicznym.
Moim skromnym zdaniem, to były tylko objawy, wynik, a nie przyczyna. Uważam, że Tobie zabrakło czegoś, co nazywamy przewagą rynkową, albo inaczej dodatnią wartością oczekiwaną wziętą ze statystyki. Twój pomysł na tę grę był całkiem pewnie dobry analitycznie, ale od strony zarządzania pozycjami jedynie powierzchowny, niepodparty prawdopodobieństwami i odpowiednio sterowanym ryzykiem. Nie było w tym przemyślanej strategii od wejścia do wyjścia, co najwyżej pewne analizy i scenariusze rozwoju sytuacji, ale nieskończone.
No tak, o to chyba stoczyliśmy największą wojnę. Moim zdaniem miałem plan akcji, poparty dość szczegółowymi analizami i wykresami. Wiele razy się sprawdziły w przeszłości, więc można mówić o ich pewnej skuteczności.
Wiesz, tego rodzaju argument przypomina mi jeden program pani Gessler. Każdy z restauratorów miał pomysł na knajpę i repertuar, tylko gości w środku brakowało. Plan i analiza to nie to samo, co przewaga nad rynkiem. Szczególnie tak trudnym jak walutowy. Twój plan może i miał jakieś racjonalne podstawy, ale nie było w nim zaplecza, nie było taktycznego pomysłu na obronę strat. Tak jakby każda transakcja miała być docelowo zyskowna. To nawet na rynku akcji nie zawsze się udaje. Zarządzanie ryzykiem nisko się kłania szanowny panie.
Przyjmuje Twoją krytykę i punkt widzenia, jako kogoś bardziej obytego w tym światku. Jednak moim zdaniem nie zawsze analizy i decyzje można poddać tak precyzyjnej weryfikacji, żeby wyliczyć prawdopodobieństwa i statystyczne … hmm…. jak to mówisz? Aha, wartości oczekiwane. Rynek nie jest przecież precyzyjnym mechanizmem, matematycznie rozpisanym na liczby i równania. Analiza daje jakąś perspektywę prognostyczną, ale nie sposób za jej pomocą rozwiązać wszystkich problemów niepewności. Szczególnie takich, które pojawiają się nagle i nieoczekiwanie.
No właśnie próbuję ci uświadomić, że cała siła w tym, iż zarządzanie ryzykiem jest najskuteczniejszym jak dotąd wymyślonym narzędziem mającym pomóc w takich sytuacjach, gdy analiza zaczyna się sypać i rynek nie zachowuje się tak, jak wynikałoby z ułożonych przez ciebie klocków tej układanki. Jeśli rynek zasuwa w kierunek, który nakreśliła twoja analiza, trzymasz się tej fali jak najdłużej. Ale kiedy analiza i kierunek rynku się nie synchronizują, możesz obronić się skutecznie stop-lossem i zacząć od nowa.
Tylko że to się mija z filozofią mojego inwestowania. Stawiam na dłuższe terminy i dłuższe ruchy, poparte po pierwsze grą z trendem, po drugie uzasadnione sytuacją na rynku. Trudno rezygnować ze stratnej pozycji, jeśli nadal jest zgodna z trendem i mieści się w moich założeniach oceny rynku. Stop-lossy są być może dla graczy typowo technicznych, albo tych, co pomylili się stawiając na czarne zamiast na czerwone.
No dobrze, a jak wyobrażasz sobie kontrolę ryzyka w takim razie?
Moje ryzyko nie jest tylko jakimś tam zygzaczkiem na wykresie. Poddaję się wówczas, gdy widzę, że rynek robi jakąś woltę, którą da się wytłumaczyć zmianami w fundamentach ekonomicznych, polityce, działaniach banków centralnych. Nie przemawia do mnie sam wykres, naprawdę nie wiem, jakie doniosłe wzory tam dostrzegasz, które dałoby się uzasadnić czymś innym niż tylko geometrią. To nie ona przecież rządzi światem. Owszem, sam również wyznaczam trendy w cenach, żeby wiedzieć gdzie podąża kapitał, ale trudno mi byłoby zdać się bez zrozumienia na te esy floresy z różnymi głowami, trójkątami czy czym tam jeszcze. Mam wrażenie, że ich jest przesyt, co chwilę się jakiś pojawia, bardziej chyba zaciemniając niż rozjaśniając ocenę.
Bardzo dobrze. Trzymaj się tego, ja cię nie mam zamiaru przechrzcić na analityka stuprocentowo technicznego. Nie o to chodzi. Możesz robić swoje analizy dowolnego rodzaju, o ile pomagają ci one rozumieć rynek i podejmować decyzje. Próbuję ci za to uzmysłowić, że nie ma znaczenia jakiego rodzaju analizy używasz, ważne by ustalić pewne zdrowe proporcje między ruchami zyskownymi a stratnymi. A te stratne trzeba jednak jakoś sensownie kończyć. Bo nie jest tak, że każde wejście na pozycję jest zyskowne. I jeśli nie jest, wymaga to obrony kapitału, a nie czekania, że rynek się odwróci. Jak widzę po Twoich transakcjach, rynek się czasem jednak nie odwracał. Skądś się przecież te straty wzięły?
No cóż, czasem dość długo trwało zanim uznałem, że trend się odwrócił. Albo że sytuacja wykoncypowana w analizie początkowej rzeczywiście uległa zmianie. Czasem być może pozycja przy tym była za duża i ciśnienie jakie wytwarzała nie pozwalało mi spokojnie spać.
Moim zdaniem zaniedbałeś ryzyko od strony powiedzmy mechanicznej. Choć pewnie dobrze znałeś je od strony nazwijmy to fundamentalnej.
A ja myślałem, że uznasz, iż z moimi analizami jest coś nie tak.
Nie mam kwalifikacji by je oceniać merytorycznie. Tym bardziej po czasie, bo bardzo zmienia perspektywę gdy wiem, co się działo potem. Co najwyżej przyglądnąłbym się im od strony skuteczności. Sprawdzałeś kiedykolwiek jak często udało ci się wstrzelić pozycją trafnie w rynek?
Myślę, że jakieś 70% przypadków. Problem z całą resztą. Albo kiedy rynek gwałtownie uciekał z pozycji cokolwiek zyskownej w stronę strat. Szczególnie po jakichś danych.
No to masz gotową niemal statystykę żeby policzyć swoją wartość oczekiwaną. U ciebie jest ujemna. Albo zyski były zbyt małe, albo strata przeciągnięta zbyt długo.
Jeśli nie było trendu, zysków nie wyciśniesz z powietrza. Nawet przy poprawnej analizie. Tak było choćby w ostatnich miesiącach na euro do dolara.
Ale to nie trendy mają się dopasować do Ciebie! To Ty musisz znaleźć swój sposób na to, by wpasować się w nie. Przewaga polega na takim znalezieniu konfiguracji swoich przewidywań analitycznych i zarządzania ryzykiem, by bilans transakcji był dodatni. To nie jest łatwe i wymaga próby wykorzystania wszelkich narzędzi decyzyjnych, jakie potrafisz znaleźć. Ja korzystam z proporcji na wykresach. Ty ze swojej wiedzy, która pozwala Ci łączyć ze sobą informacje o rynku i gospodarce czy polityce. Ale coś nie zapala. Twierdzisz, że zbyt krótkie trendy. Ale one na walutach zawsze przebiegają cyklicznie, długie z krótkimi się mieszają. Czy sprawdzałeś kiedyś na historii notowań i informacji, czy udałoby Ci się ze swoją wiedzą i podejściem zarabiać?
Krecia robota. A ja stawiam na jakąś swoją wiedzę o rynku i dobrą szkołę, którą dostałem robiąc zawodowo analizy. Liczę na to, że pozwoli mi to w miarę szybko odkrywać niebezpieczeństwa. Kwestia dłuższej wprawy?
Wiesz, coś Ci uświadomię i mam nadzieję, że się nie obrazisz. Otóż robienie analiz dla samych analiz manieruje. Z prostego powodu. Analiza typu zawodowego czy gazetowego to zwykle układanie scenariuszy z dość sporą dawką indolencji wobec ryzyka. Przechodziłem sam przez to w życiu również. Koncentrujesz się w nich, aby albo się wykazać, albo obronić swoje wcześniejsze prognozy, albo żeby udowodnić swoją rację za cenę dopasowania faktów do przekonań. Zupełnie odmienny cel, chronisz siebie i ego, a jako trader masz za zadanie coś zupełnie innego, a mianowicie zmaksymalizować swoje działania na ryzyku. Twoje samopoczucie ma mniejsze znaczenie, a jeśli już to pochodzi z zysków a nie analiz. Z tego wychodzą dlatego dysonanse. Świetny analityk może potknąć się na przekuwaniu prognoz na transakcje, bo właśnie w ryzyku zgrzyta.
To dość surowa ocena. Muszę się z tym przespać, żeby przemyśleć. Nie stawiałem sobie nigdy wcześniej sprawy w ten sposób.
Gorąco polecam. Ale nie chroń się, tylko szczerze ze sobą dyskutuj. Jak widzisz są straty i nie wzięły się znikąd. Dobra analiza i przewaga nad rynkiem to nie to samo. Jeśli trzeba rozrysuję ci to wszystko na kartce papieru.
OK, zapisuję jako pierwszy punkt do samoanalizy. Choć czuję jak mi wjeżdżasz walcem na ego. I chyba jednak musisz mi to rozrysować.
CDN
—kat—


Dodaj komentarz