Jak tendencje w obrocie kontraktami terminowymi na GPW przekładają się na motywacje uczestników tego rynku i odwrotnie?
Wg najświeższych danych GPW i KDPW bijemy rekordy w obrocie i ilości otwartych pozycji w derywatach.
W marcu 2010 sumarycznie przepłynęło przez parkiet nieco ponad 1,5 miliona kontraktów terminowych na indeks WIG20 czyli o niemal 39% więcej niż w marcu 2009. Jest szansa, że zostanie pobity roczny rekord 12 mln 766 tys z 2009 r. Liczba otwartych pozycji na ostatni dzień marca 2010 wyniosła 116,5 tysiąca, to jest o 51,8% więcej niż 12 miesięcy temu. 17,2 tys osób w zeszłym roku handlowało kontraktami.
Wzrost obrotu o 84% i liczby pozycji o 138% na kontrakty na mWIG40 są imponujące ale w wielkościach nominalnych to ułamki procent tego co przelatuje na futures na WIG20. Optymistycznie wyglądają opcje z przyrostami 160% w obrocie i 202% w ilości pozycji mimo bardzo nieklarownych i mało przyjaznych sposobów naliczania premii.
Mnie bardziej od tych cyferek zawsze interesowały motywacje, wiedza i sukcesy uczestników rynku derywatów. Kiedy wraz z kolegami pomagałem rozkręcać 12 lat temu rynek pierwszych kontraktów na WIG20, udział nas inwestorów indywidualnych w obrocie sięgał 80-90%.
Nie mieliśmy w większości dostępu do danych i zleceń on-line. Te pierwsze można było wykupić za spore pieniądze (choć nie od brokerów) ale ze zleceniami trzeba było dzwonić za każdym razem do biura. Prowizje były horrendalne, kilka razy wyższe niż dziś. Dużo wyższe były depozyty i spready między ofertami kupna i sprzedaży a wiedza o tym rynku, trzeba przyznać, minimalna dopóki mój szanowny kolega Grzegorz nie napisał swojego epokowego dzieła:) Mimo to udało nam się rozruszać ten rynek z sukcesem.
Eksperci, na których powołuje się Gazeta Wyborcza, twierdzą, że to polska ułańska fantazja pcha ludzi na rynek derywatów. Nie jestem co prawda ekspertem ale dodam swoje 2 paragrafy do tego tematu.
Dziś udział inwestorów indywidualnych spadł do 50% co jest i tak fenomenem w porównaniu do 10% udziału na starszych i dużo bardziej zaawansowanych w rozwoju giełdach. Tam faktycznie ogromną siłę napędową od zawsze stanowią instytucje zabezpieczające swoje aktywa (hedging). Do tego potężne fundusze hedgingowe, które o ironio zajmują się raczej spekulacją niż hedgingiem, oraz profesjonalni zarządzający CTA (managed futures) a także wszelkiego rodzaju handel algorytmowy. A więc wszystko czego u nas brakuje. Choć w kwestii algorytmów niedługo pojawi się prawdziwa niespodzianka, o której mam nadzieję będę mógł już wkrótce napisać więcej 🙂 Tak naprawdę uznałbym, że tak wysoki udział inwestorów indywidualnych niekoniecznie musi być powodem do dumy, to nadal raczej świadczy o nierozwiniętym rynku.
Takie proporcje to również efekt innego zjawiska. Pamiętam, że moje pierwsze transakcje opiewały na bodajże 8 kontraktów. W tym samym czasie w USA żeby zagrać 2 kontraktami trzeba było naprawdę zasłużyć się u brokera i pokazać sowite zabezpieczenie w depozytach.
Wejdźmy jednak w motywy. Elektroniczne gadżety i platformy internetowe sprowokowały powstanie w 21 wieku pewnego zjawiska – handel on line stał się swego rodzaju substytutem gier komputerowych, alternatywą hazardu i sportów ekstremalnych. Klawiatura, rząd nowoczesnych monitorów i łatwy dostęp do zleceń i software’u daje tego typu graczom złudzenie większej kontroli, niemal jak w grze. Tyle, że dotyczy to całego świata, i to chyba bardziej ‘tam’ niż naszych krajowych ułanów. Jeśli to fantazja i pogoń za adrenaliną stają się powodem gry kontraktami to chyba wypada życzyć im dużo szczęścia bo to pomieszanie światów niestety nie jest najlepszym wyznacznikiem na zyskowną przyszłość.
Chyba się nie pomylę twierdząc, że kontrakty są dla większości naturalnym przedłużeniem inwestowania w akcje. Powiązanym niestety czasem z brakiem odpowiedniego przygotowania i wiedzy, szczególnie w kwestii zarządzania kapitałem. Oczywiście wszystkiego można się nauczyć, byle przed a nie po fakcie. Wiem, że lewar ogromnie przyciąga do tego rynku, szczególnie jeśli inwestor posiada niewielkie fundusze, które zainwestowane w akcje wydają się pracować zbyt wolno. Mimo to sam nie uważam kontraktów za rynek zbyt ryzykowny. To niestety jego uczestnicy są zwykle zbyt lekkomyślni. Futures podlegają tym samym prawom Analizy Technicznej co akcje więc dla potrafiących działać w ten sposób nie powinno to przejście sprawiać trudności. Gorzej gdy ktoś ulega iluzji, że AT w derywatach jest prostsza. Ma oczywiście pewną przewagę – pozwala bez problemów inwestować w spadki. A te są zwykle dużo bardziej dynamiczne. Wiedzą to choćby wyznawcy Elliota – poszarpane 5 fal na rynku byka i tylko 3 prostsze w bessie. Przy okazji – czy ktoś z owych wyznawców mógłby podpowiedzieć jak wygląda to na symetrycznym rynku walut?
Gdyby ktoś chciał się podzielić swoimi motywacjami i obserwacjami, dotyczącymi powodów zaangażowania w derywaty- zapraszam z przyjemnością do komentarzy
—Kat—
p.s. informacja dodatkowa – sponsor tych blogów miał najwyższy udział wśród brokerów w powyższym obrocie 🙂


Dodaj komentarz