Gdzie byłaby dziś Grecja gdyby nie unijne idee solidarności, w imię których najpierw fałszowano statystyki, potem wpompowano 300 miliardów EUR, a dziś próbuje się nie odstawiać uzależnionego od gotówki?
Tydzień zdominował temat Hellady, więc nie sposób w tej naszej rubryce nie uronić kilka słów gorzkiej ironii nad losem dumnych potomków Sparty i ich europejskich przyjaciół.
Twitter jest najszybszym i najlepiej poinformowanym masowym źródłem, więc z jego czeluści dobywam ten oto wykres prezentujący przewidywane scenariusze dla Grecji, ale przyznam szczerze, że nie wiem kto jest jego autorem, przepraszam więc z góry z brak źródła:
W zasadzie nie trzeba znać angielskiego, żeby zrozumieć puentę: dwie alternatywy negocjacji kończą się wyjściem Grecji z mechanizmu Euro (Grexit), trzeci prawdopodobnie ponownym kryzysem. Na razie właśnie ów trzeci się realizuje, choć warunkowo, ponieważ w poniedziałek Grecję czeka jeszcze kilka formalności, a potem o 4 miesiące przesunięte póki co dzięki temu męczarnie. Chyba, że stanie się cud i populiści w końcu udowodnią zdegenerowanemu światu, że można jednak żyć ponad stan bez konsekwencji. Albo bankierzy europejscy odpuszczą sobie wymaganie zwrotu swoich roszczeń, choć pewnikiem raczej do tego zostaną za jakiś czas zmuszeni.
Mamy chwilowo porozumienie, na które rynki reagowały w tym tygodniu wielokrotnie, i tak jakby oznaczało to zmartwychwstanie gospodarcze Grecji. Dla giełd liczą się jednak przede wszystkim oczekiwania, wyobrażenia i nastroje a nie realia. Mieliśmy więc euforie, gdy padało w negocjacjach jakieś „tak”, i lekkie paniki, gdy okazywało się, że balonik został wypuszczany zbyt wcześnie. Podobnie jak tydzień temu wielkopomne porozumienie w Mińsku, tak tym razem Grecja były przez giełdy traktowane całkowicie instrumentalnie, jako przeszkoda we wzrostach, które wisiały w powietrzu pod wielkim ciśnieniem.
Inwestorzy uwierzyli, że Unia nie dozna krzywdy z powodu wyjścia Grecji, w zasadzie więc cokolwiek zdarzyłoby się podczas negocjacji, giełdy i tak by urosły. Szczególnie DAX, eksplodujący w tym roku optymizmem, głównie z powodu wyśmienitej koniunktury, której nie zepsuje przecież żadna Grecja, Rosja czy inna Ukraina, ale też dzięki środkom, które wracają z USA, ściągnięte obietnicami pompowania rynków przez Mario Draghiego. Giełdy zatraciły swój naturalny mechanizm krytyczny, co oznacza tylko jedno: kolejne rekordy w najbliższej przyszłości.
O co więc chodzi Hausnerowi i Klesykowi, którzy w weekendowej Wyborczej piszą: „Świat jest przytłoczony globalnym kryzysem, którego końca nie widać”?
—kat—



Dodaj komentarz