W zasadzie można było w ciemno obstawiać, że pamięć o aferze Amber Gold będzie w wielu miejscach zjawiskiem krótkotrwałym.
Jak inaczej tłumaczyć fakt tego, że podobnego rodzaju nieuczciwe przedsięwzięcia nadal są tworzone i znajdują chętnych na nieprawdopodobnie wysokie lub podejrzanego pochodzenia obietnice zysków? Myślę, że warto poświęcić kilka chwil na analizę znaczenia prawdopodobieństwa realizacji owych stóp zwrotu przez pryzmat różnego poziomu umiejętności i wiedzy inwestorów w niezwykle kompleksowym świecie finansów jak i roli instytucji powołanych do ochrony rynku i jego uczestników.
Inspiracją stał się list wysłany do prezydenta przez profesora PAN Szymona Pileckiego w sprawie trzech fatalnie zakończonych inwestycji dokonanych przez owego nadawcę i jego żonę. Wiedzę w tej sprawie zaczerpnąłem z „Rzeczpospolitej”, która zdaje się jako pierwsza opisała sprawę:
http://www.rp.pl/artykul/10,1106577-Oszukali-nas–Gdzie-jest-panstwo-.html
Chciałbym się jednak jak najmocniej skupić na faktach, pomijając ornamentykę i komentarze autorki artykułu. Mam świadomość, że będzie to cokolwiek trudne gdyż nie znamy pełnej treści listu, a jedynie kilka cytatów i omówień.
Profesor oskarża system, winiąc jego niesprawność, która doprowadziła go do straty dorobku życia w wyniku trzech kolejnych inwestycji w: WGI, Finroyal i Amber Gold. Trzeba przyznać, że pech zadziałał tu w dramatycznie piorunującej sekwencji. Co jednak znamienne – dotknął wybitnego naukowca, przedstawiciela elity, zarazem inżyniera i eksperta w wąskiej dziedzinie. Komentarze, które czytałem pod tekstami przywołującymi tę kwestię, są w moim mniemaniu nie tylko krzywdzące, ale wręcz czasem głupie. Nie pozwala mi to przejść obok tej sprawy bez komentarza, choć Amber Gold wielokrotnie aż do znudzenia został już odmieniony przez wszystkie przypadki. Po części podzielam oburzenie profesora, a przy tym mu współczuję. Chyba bardziej poczucia krzywdy i bezsilności niż złego wyboru. Z tym ostatnim bowiem sprawa wcale nie jest tak oczywista i jednoznaczna jak komentujący list sądzą.
Znalazłem sporo opinii, których wspólnym mianownikiem jest zdumienie, niedowierzanie a czasem wręcz szyderstwo: jak to możliwe, że człowiek tak wykształcony, obyty, inteligentny, ustosunkowany, doświadczony i posiadający olbrzymią wiedzę specjalistyczną dał się wyprowadzić w pole?! Otóż jest to nie tylko możliwe, ale nawet w żadnym stopniu jakoś niezwykłe. Komentarze tego typu wypełniają błąd tzw. atrybucji, a dokładnie „efekt aureoli”, zgodnie z którym na podstawie jednej pozytywnej lub negatywnej właściwości przypisuje się ludziom cały szereg odpowiednio innych przymiotów lub wad.
Skoro więc mamy eksperta od lotnictwa i kosmonautyki to adekwatnie i błędnie oczekuje się od takiej osoby wysokich kwalifikacji w innych dziedzinach, w tym wypadku w:
A/Biegłości w ocenie wiarygodności i finansowych możliwości firm działających na rynku zarządzania kapitałami.
Lub/oraz
B/Zdolności wyciągania poprawnych logicznie wniosków, racjonalności decyzji i oczekiwań oraz optymalnych działań nieobciążonych błędami.
Odnośnie A/
Nie trzeba nawet specjalnych wywodów i dokumentacji by wiedzieć, że specjalistą wybitnym nie da się być we wszystkich dyscyplinach, a już szczególnie w zakresie finansów, gdzie naukowych tez i dociekań nie ma za wiele, a środowisko wybitnie kompleksowo złożone nawet dla inżyniera. Zresztą mamy na poparcie tego zjawiska szereg dowodów z codziennego życia – ot choćby sposoby badania najsłynniejszego w historii Polski wypadku lotniczego. Eksperci z wielu innych dziedzin, tylko nie badania katastrof lotniczych, poczuli się kompetentni w badaniu przyczyn roztrzaskania Tupolewa, używając do tego parówek, puszek czy efektów onomatopeicznych. Skończyło się tak jak skończyć musiało: zażenowaniem, blamażem i tragifarsą.
Odnośnie B/
Można by sądzić, że profesor PAN z racji swojej erudycji i wielu innych przymiotów związanych z inteligencją i wykształceniem, od razu wyczuje przekręty, nie da się wciągnąć w „oczywistą” pułapkę oszustów, potrafi znaleźć i prawidłowo ocenić dowody potwierdzające machlojki, a przynajmniej wiedzieć, że zyski 12% rocznie są zwykłą manipulacją. Czy jednak aby na pewno? O tym właśnie chwilkę poniżej.
Trzeba mieć świadomość, że dokonując ocen tej sytuacji dzisiaj narażamy się na błąd innego rodzaju – tzw. „hindsight bias” czyli błąd myślenia wstecznego. Co znaczy mniej więcej tyle, że mając dzisiejszą wiedzę przestajemy być obiektywni w rekonstrukcji zdarzeń oraz szacowaniu ówczesnych prawdopodobieństw i możliwości. Mając w głowie tego rodzaju pułapkę spróbuję sięgnąć myślą i argumentacją do tamtych chwil możliwie niestronniczo i posługując się notatkami z tamtego okresu.
Profesor jako naukowiec preferuje zapewne twarde fakty i argumenty ponad plotki, anonimowe dyskusje czy niezweryfikowane opinie. Gdzie i jak mógł sprawdzić owe 3 firmy, którym powierzył pieniądze? Pod względem prawnym wszystko było tam w porządku – działały legalnie w świetle prawa, nie uchylały się od konieczności zapłaty podatków, wypłacały wycofywane środki, reinwestowały w świetle jupiterów (linie lotnicze), zatrudniały sztaby pracowników (w tym pierwszy garnitur ekonomistów – jak w WGI), prezentowały się w drogich reklamach i udzielały wywiadów w mainstreamowej prasie. W tej ostatniej pojawiały się nawet doniesienia, że w sprawie najcięższego kalibru czyli Amber Gold, Komisja Nadzoru Finansowego regularnie była odsyłana z kwitkiem przez wymiar sprawiedliwości. Gdzie znaleźć wówczas punkt zaczepienia?
Profesor miał być może niewielką przewagę nad kilkoma milionami obywateli, w tym mianowicie, że wiedział, iż potencjalne wątpliwości co do rzetelności powierników, pojawiające się w mediach, należy sprawdzić przede wszystkim w KNF (np. mógł przeczytać czy zobaczyć, że siedziba Finroyal w Londynie to mit). Być może nawet wiedział, że umieszczenie przez nadzorcę firmy na liście ostrzeżeń oznacza czerwony alarm. Jest z tym jednak kilka problemów, a mianowicie:
Primo
WGI na liście ostrzeżeń nie widniała ponieważ jako jedyna z trzech wymienionych posiadała wszelkie licencje i była na bieżąco nadzorowana przez KNF.
Secundo
Finroyal i Amber Gold pojawiły się na liście ostrzeżeń z opóźnieniem, być może dlatego profesor samodzielnie udał się do siedziby Komisji ustalić fakty. Nawet jeśli pojawił się tam już po wciągnięciu firm na listę, to wcale nie zdziwiłbym się z tego zajścia, jako że …
…Tertio
Jaki status ma umieszczenie przez KNF podmiotu na liście ostrzeżeń i jak rozumieć powinni to obywatele RP? Czy to sygnał do bezdyskusyjnego odwrotu czy może pewnych wątpliwości i obserwacji, ale bez paniki? Jaką pomocą ma być w takim razie fakt dodania nazwy firmy do owej czarnej listy? Co z utratą części środków z powodu wczesnego zamknięcia lokaty? Podejrzewam, że nawet w PAN mogą tego wcale nie być pewni skoro prof. Pilecki osobiście udał się do KNF i … został wyproszony, potraktowany jako natręt.
Nie sposób niestety każdego ustrzec przed skutkami nieostrożnych, nieprzemyślanych, nieracjonalnych czy czasem nawet naiwnych decyzji finansowych, bo i z takimi mieliśmy do czynienia w przypadku wszystkich 3 afer. Analiza forów dyskusyjnych z tamtego okresu pokazuje, że część osób zdawała sobie sprawę z ryzyka, a mimo to trwała w przekonaniu o szczęśliwym zakończeniu inwestycji. Z drugiej strony mamy całą rzeszę tych, którzy po prostu nie mieli żadnego pojęcia o podejmowanym ryzyku czy też nie posiadających elementarnej wiedzy na tematy finansowe. Oraz garstkę tych, wśród których znalazł się prof. Pilecki, którzy przynajmniej podejmowali się ryzyko oszacować. I to dla nich wszystkich bez wyjątku misję służebną powinna spełniać Komisja Nadzoru Finansowego. Tak jak każdy wie, że po kwiaty należy udać się do kwiaciarni a z bolącym zębem do dentysty, tak każdy powinien otrzymać wpojoną wiedzę o tym, że ryzyko inwestycyjne przede wszystkim należałoby sprawdzać w KNF właśnie. Jednakże szereg zdarzeń, w tym opisane w liście profesora, wskazuje, że KNF uprawia nadzór jako sztukę dla sztuki, zapominając, że finalnym odbiorcą tych wszystkich usług są właśnie rzesze indywidualnych inwestorów i to im należy się informacja, na którą łożą i podatkami i prowizjami. Używając języka nowych technologii, wielu inwestorów, w tym niżej podpisany, uważa KNF za instytucję „user unfriendly” czyli nieprzyjazną użytkownikom. I mało wszystkich nas obchodzi, że ona sama myśli o sobie inaczej.
Profesor Pilecki, wystawiając na widok publiczny swoje nazwisko i autorytet, zapytuje o skuteczność systemu państwa oraz o ewentualne rekompensaty poniesionych strat. Co do tego ostatniego chyba nie ma wątpliwości, że dochodzenia zwrotu kapitałów należałoby przede wszystkim rozpocząć od właścicieli wszystkich trzech nieuczciwych firm. Choć dopóki nie ma wyroków, jakiekolwiek oskarżające epitety byłyby zbyt przedwczesne. Czy podatnicy w takich sprawach powinni składać się na zadośćuczynienie finansowe dla poszkodowanych? To temat na odrębny artykuł. Wiemy już natomiast więcej o winie samego systemu – to nie on na całym froncie poległ, wszystko było zgodnie z prawem jak donoszą decydenci. To pojedynczy urzędnicy wymiaru sprawiedliwości niedorośli do pełnionej funkcji, o czym informuje bijąc się w piersi resortu minister Seremet:
http://www.mf.gov.pl/documents/764034/1159297/20130321_raport.pdf
Poszkodowany profesor domaga się zagwarantowania przez państwo bezpieczeństwa finansowego. I pewnie wszyscy pod tego rodzaju wezwaniem chętnie się podpiszą, zapominając może czasem, że rola państwa jako opiekunki od kołyski po grób to zjawisko z innej epoki. Ale oczywiście do jakiegoś minimum mamy prawo. Tylko jak owe minimum zakreślić? Jeśli dążymy do takiego rodzaju sprawnego wymiaru sprawiedliwości jak choćby w USA, to trzeba spojrzeć na dwa aspekty jego działania:
1/ Ściganie i karanie sprawców.
Amerykanom możemy zazdrościć – największa chyba w dziejach piramida finansowa Madoffa została rozsądzona a wyrok wydany w kilka miesięcy, podczas gdy sprawy w naszych sądach (jak choćby afera „100 sekund”) trwają bez końca latami. Jednak w części wypadków pieniędzy i tak nie udaje się za oceanem odzyskać.
2/ Prewencja
Nawet w USA malwersantów i złodziei nie udaje się skutecznie blokować już u zarania przestępczej działalności. Madoff działał latami, wyciągając pieniądze od celebrytów i bogatej klasy średniej, a nawet instytucji, i to pod bokiem regularnie kontrolujących go nadzorców. Nie mówiąc o tym, że nie ma tygodnia by tamtejsze władze (odpowiedniki KNF) nie informowały o kolejnych przestępstwach finansowych. To wojna bez końca.
Co może pomóc w takim razie uchronić masy, poza skuteczniejszą rolą KNF oraz zapewnieniem wydajności wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych? Otóż edukacja drodzy państwo, edukacja od najmłodszych lat.
A w takim razie być może należałoby odbić piłeczkę i skierować pismo tym razem do PAN, a więc Polskiej Akademii Nauk, siedliska wiedzy najwyższej jakości, której członkiem jest prof. Pilecki. Takie, które zapyta:
Ile i jakie prace powstały i zostały upowszechnione przy udziale matematyków, ekonomistów, statystyków, prawników, psychologów i innego rodzaju naukowców skupionych wokół PAN, w temacie bezpieczeństwa, efektywności i wiarygodności różnego rodzaju inwestycji, analiz polskiego i światowego rynku powierników finansowych, różnych aspektów ich legalności działania, psychologicznych sposobów radzenia sobie w takich sytuacjach czy implementowania rozwiązań z krajów, które lepiej z tym sobie radzą?
Zwrócenie się członka PAN z tego typu zapytaniami jak w liście wydawać się może rzeczą na poły zasmucającą w świetle tych wszystkich powyższych rozważań. Największym i chyba jedynym poważnym usprawiedliwieniem tego rodzaju epistolografii byłaby jedynie przemożna chęć potrząśnięcia opinią publiczną i przypomnienie obowiązków rządzącym.
PS. Przypomnę, że wszystkie teksty w tym blogu są jedynie wyrazem mojej własnej opinii oraz prywatnych poglądów, i nie mają żadnego związku ze stanowiskiem DM BOŚ.
Ps2. Chciałbym wysłać ten tekst redakcji „Rzeczpospolitej”. Powstrzymam się jednak chwilę, być może ktoś z Czytelników wniesie do niego swój ważny głos. Z góry dziękuję.
—-kat—


Dodaj komentarz