Analiza Techniczna u źródeł, część 2

Specjalnie dla studentów A.E. we Wrocławiu przygotowałem nieco więcej materiałów do dyskusji o naturze Analizy Technicznej, w ramach kontynuacji wpisu sprzed kilku dni.

Analiza techniczna uważana jest za pseudonaukę, bo choć sama czystą nauką nie jest korzysta w wielu miejscach z dorobku dziedzin uważanych za naukowe, wobec czego nadaje się jej naukowo brzmiące atrybuty. Mimo, że nikt dotąd bezspornie nie udowodnił jej predykcyjnych możliwości czy zyskownego w długim terminie działania, jest wykładana na uczelniach ekonomicznych coraz częściej a przez niemal wszystkie kręgi związane z rynkiem finansowym stosowana. Nadal wiele w niej kontrowersji, wąskich gardeł i niezrozumienia, podlanych filozofią czy psychologią.

Nawet, jak za chwilę pokażę, cytowane w poprzednim wpisie dogmaty A.T. wcale nimi być nie muszą. Mam na myśli słowo ‘dogmat’ używane jako sąd, twierdzenie przyjmowane jako nie podlegające dyskusji i bezwarunkowo. Owe wyznaczniki, konstytuujące istnienie A.T., nie są przyjmowane i uznawane jednorodnie we wszystkich kręgach o czym więcej wkrótce.

Trzy ‘dogmaty’ czy raczej atrybuty A.T. wymyślili jej prekursorzy na użytek własny branży, dla nadania jej ram odrębności, ale nie są to w żaden sposób obowiązujące kanony. Na wiele sposobów się je modyfikuje, zawierają też, jak się okazuje po artykule w Akcjonariuszu, szereg niejednoznacznych niuansów. Oto jak wygląda to z bliska we wszystkich 3 przypadkach:

1. Ceny podlegają trendom.

O ironio, brak trendów nie przeszkadza w żadnym razie stosować zyskownie A.T. Albo może brak ich skończonej definicji i uznaniowość w interpretacji. A więc coś co według autora cytowanego artykułu jest bezdyskusyjne jednak dyskusji wymaga.

Proszę spojrzeć na początku na taki oto paradoks: skoro aktywa znajdują się zawsze w jakimś trendzie (wzrostowym, spadkowym czy bocznym) to po jakie licho wpisywać ten fakt w fundamenty istnienia Analizy Technicznej?

Paradoks kolejny: w wielu miejscach wykresu jeden technik może określić, że trendu w ogóle nie dostrzega (trend boczny), podczas gdy kolejny może wyrysować trend spadkowy, jeszcze inny – wzrostowy. Przy czym mówimy o trendach tego samego rzędu (np. średnioterminowym) i najczęściej ma to miejsca w okresach szerokiej konsolidacji i dużej rozpiętości.

To wszystko zaczęło się sto lat temu od prac ojca założyciela podwalin współczesnej A.T., mam nadzieję, że Charles Dow nie jest postacią anonimową dla Czytelników. On i jemu współcześni nadali pierwsze szlify określeniu ‘trend’ w tzw “Teorii Dowa”. Dzieli ona trendy na 3 rzędy (główne i poboczne), 3 fazy każdy (od akumulacji do dystrybucji), określa siły tendencji za pomocą wolumenu obrotu i nadaje większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu głownego niż jego odwrotowi. Ponadto Dow użył 2 średnich, które musiały się pokrywać w tym samym kierunku aby potwierdzić trend. Pomimo słabości definicji w kilku szczegółach, szczególnie tych odnośnie obiektywnego określeniu trendu, wytrzymała ona w tradycji do dziś, pewnie dlatego, że lepszej do dziś nie wynaleziono.

Poza tym obroniła się ona w dużej mierze poddana krytyce w latach 60 tych i 70 tych. To czasy gdy pierwsze teorie o rynku efektywnym zaczął publikować Fama a dzieła zniszczenia dokonał Malkiel książką “Random walks down Wall Street” a Analiza Techniczna została w instytucjach zepchnięta do podziemia. Teorie owe żywe do dziś przekreślają A.T. jako narzędzie mogące pokonać rynek w dłuższym okresie (słaba forma Hipotezy Efektywnego Rynku) ale przede wszystkim uznano, że kursami giełdowymi rządzi niepodzielnie teoria “błądzenia losowego” co powoduje, że ruchy rynku są przypadkowe i nieprzewidywalne w żaden sposób.

Problem w tym, że nawet na wykresie wygenerowanym losowo można dostrzec dłuższe i krótsze trendy. Technicy potrzebowali ustawić się w kontrze do wspomnianych hipotez głosząc, że istnieje szereg narzędzi, które na podstawie cen historycznych pozwalają im skutecznie wykrywać z wyprzedzeniem i z dużym prawdopodobieństwem zmiany trendów, co pozwala na spekulację dającą zyski wyższe niż wynikające ze średnich zmian samego rynku. I choć do dziś naukowo i jednoznacznie tego nie udowodniono, istnieje szereg dowodów na to, że zdolni technicy potrafią z rynkiem wygrywać.

Technicy mówią również o tzw. korelacji seryjnej (serial correlation), w której zmiany kursu dzisiaj są uzależnione od zmian X dni wcześniej co daje asumpt do wykrywania czy w ogóle mówienia o trendach. Te korelacje są niewielkie i zmienne w czasie, wykryć je praktycznie i  eksploatować mogą algorytmy, które zdomnowały światowe giełdy.

Później doszła wiedza z zakresu finansów behawioralnych czyli wszelkie badania nad nieracjonalnością, odruchami stadnymi, pompowaniem baniek, psychologicznymi błędami poznawczymi itp. Pozwalają one dokładniej indentyfikować źródła powstawania i kontynuacji trendów a nawet je praktycznie eksploatować.

Trend musiał więc zostać wpisany w fundament A.T. jako kategoria wyodrębniająca ją  spośród innych metod, nawet pomimo wielu wad w podejściu i określaniu go.

Dzisiejsze zaawansowane techniki nie przykładają do niego aż tak wielkiej wagi. Z jednej strony nawet technicy mówią, że trend jako taki nie istnieje (Ed Seykota). Z innej nie ma on takiego znaczenia, liczy się bardziej zmienność- w przypadku skalpowania, algorytmów czy ultra daytradingu potrzebne są szybkie, często krótkotrwałe ale wyraźe skoki cen, choćby kilkusekundowe czy minutowe. Nie ma w nich miejsca na zabawę w fazy trendu czy sekwencje jego dołków i górek. Więcej zostało więc tradycji niż praktyczności.

CDN

—*Kat*—

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *