Nie da się powstrzymać ewolucji. Dinozaury nie potrafiły dostosować się do zmian klimatycznych jakie zachodziły na ziemskim globie w przeszłości i musiały zginąć. ?Kto staje przeciwko ewolucji, ginie od własnej rewolucji” Zgodnie z teorią łańcucha pokarmowego, ci którzy zniknęli z powierzchni, umożliwili jednak ?żer” lub mówiąc łagodniej – ?rozwój” innym organizmom. Z tego punktu widzenia dinozaury nie odeszły tak całkowicie, albowiem jakaś ich część pozostała w żołądkach tych, którzy skonsumowali ten ?prezent” i między innymi dzięki temu sami mogli przetrwać.
Naturalna selekcja
Czas kryzysu to okres, kiedy korygowane są optymistyczne plany, a wiele firm (szczególnie tych nierealistycznie optymistycznych), staje przed porażającą maksymą z ?Halmeta” – ?Być albo nie być, oto jest pytanie” Taki dylemat stoi ostatnio między innymi przed Odlewniami, Krosnem, czy Swarzędzem. Upadłość lub likwidacja firmy, choć przykra i rodząca poważne problemy dla pracowników i współpracowników, jest często na rękę konkurencji. Z rynku znika bowiem w naturalny sposób mniej lub bardziej poważny rywal (czasem dinozaur, czasem tylko amonit) i pozostaje mniejsza konkurencja na ?żerowisku”, lub inaczej ujmując – mniej chętnych do dzielenia tortu, jakim jest rynek. Często pojawia się też pytanie – ?przejmować czy nie przejmować?” Jeśli ktoś jest zainteresowany przejęciem firmy, wówczas – jeśli sprawdzi, iż nie przynosi ona zysków i posiada wysokie zobowiązania (szczególnie krótkoterminowe) – o wiele bardziej opłacalne może być przejmowanie wybranych części majątku od syndyka (a przy okazji wolnych od obciążeń). Gdyby firma przeżywająca problemy, była łakomym kęskiem do przejęcia w całości, nie czekałaby długo na chętnych, bo ktoś już by to na pewno dawno zrobił. Jeśli jest inaczej – to firma nie jest łakomym kąskiem, a co najwyżej kością, która może stanąć w gardle.
„Welcome to the real world”
… czyli ?Witajcie w prawdziwym świecie”. Na GPW (i nie tylko tam) jest sporo spółek które notorycznie przynoszą straty , są w stanie permanentnej reorganizacji, co chwilę emitują lub planują nową emisję akcji dla podtrzymania tego agonalnego stanu, zarządy zmieniają się po kilka razy w roku a efektów tych wszystkich działań – nie ma. Co zarząd, to inna wizja i tak w kółko. Inwestorzy czy akcjonariusze mniejszościowi najczęściej słyszą o wizjach, a dużo mniej – o konkretach. W okresie hossy – jeśli akcje rosną i przynoszą zysk, nikt się nawet konkretów nie domaga, gorzej – w czasie bessy. Często powtarzam podczas różnego rodzaju spotkań, iż w okresie dekoniunktury i rosnącego kosztu pieniądza, największym zagrożeniem dla inwestorów są silnie zadłużone spółki, które nie potrafiły w czasie gospodarczej prosperity osiągnąć break-even i generować zysku z działalności operacyjnej. Takim spółkom warto przyglądać się szczególnie dokładnie podczas bessy, albowiem kurczący się rynek, spadek popytu na wyroby, wysoki poziom kosztów stałych i jednoczesny wzrost kosztów finansowych (obsługa długu) mogą taką sytuację niebezpiecznie pogłębiać. Czasem zbyt niebezpiecznie….
Swarzędz
Do grona spółek, o których mowa powyżej zalicza się niestety Swarzędz. Niedawno rynek obiegła informacja o zwołaniu NWZA tej spółki (odbędzie się ono 10 marca). Ma wówczas nastąpić głosowanie nad uchwałą o rozwiązaniu spółki po przeprowadzeniu jej likwidacji.
W tym co mówi sam prezes spółki temat planów jest sporo szczerości (cytat pochodzi z Gazety Giełdy Parkiet – tekst Krzysztofa Kochanowski z 03-02-2009):
?……z przeprowadzonej analizy wynika, że nie miałaby ona szans utrzymać płynności finansowej w 2009 r. – W IV kwartale zanotowaliśmy spadek sprzedaży, podobnie w styczniu. Prognozy dla całej branży meblowej wskazują, że możemy się spodziewać 40-50- -proc. spadku obrotów. Skonstruowany na ten rok budżet wskazywał, że jedynym wyjściem jest likwidacja spółki.”
Spółka przeprowadziła kilka emisji akcji. A przełożenia na działalność operacyjną i wynik finansowy mimo tego zastrzyku gotówki – brak. Warto jednak nadmienić, iż mimo wszystko, poważne plany wobec Swarzędza miała jakiś czas temu Arka. Zarządzane przez nią fundusze posiadały już ? wszystkich akcji i najprawdopodobniej planowały przejęcie firmy lub realny wpływ na jej zarządzanie, w celu przeprowadzenie jej restrukturyzacji i podniesienia wartości. Jednak nawet Arka powiedziała chyba jednak w koncówce poprzedniego roku – ?PAS”, albowiem zaczęła zmniejszać zaangażowanie w spółce.
Pokolenie przegranych (lub tych, którzy nie wykorzystali szansy)
Można zaobserwować prawidłowość, iż firmy, które trafiały na GPW w podobnym okresie co Swarzędz, nie mają zbyt wiele szczęścia. Być może niektórzy nie pamiętają, ale Swarzędz był szóstą spółką jaka zadebiutowała na GPW. Warto przypomnieć, Swarzędz wszedł na giełdę – po wcześniejszym oddłużeniu. Jaki widać problemy finansowe ciążyły w pewien sposób nad tą spółką już od momentu debiutu giełdowego. Przed Swarzędzem, na GPW trafiły – Tonsil, Próchnik, Krosno, Exbud i Sląska Fabryka Kabli. Historia tych spółek i osiągnięcia finansowe są inwestorom chyba znane. Wszystkim spółkom z tego grona, które są nadal notowane na GPW oczywiście życzę jak najlepiej, choć Próchnik wciąż generuje straty, a Krosno niedawno złożyło wniosek o upadłość, z możliwością zawarcia układu!
Lata dziewięćdziesiąte, gdy firmy te wchodziły na giełdę były bardzo ciekawym okresem. W gospodarce zachodziły przemiany ustrojowe, galopowała inflacja, płace próbowały ją dogonić. Aby trzymać płace w firmach państwowych pod kontrolą, wprowadzono specjalny podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń, tzw. POPIWEK. Dla firm był to spory koszt, który można było częściowo ominąć w drodze prywatyzacji. Pierwsze spółki giełdowe decydowały się na prywatyzację głównie dla uniknięcia owego ?popiwku”. Dzięki temu argumentowi pracownicy popierali prywatyzację, albowiem oznaczała ona dla nich wyższe wynagrodzenia. Sama prywatyzacja nie rozwiązywała jednak wszystkich problemów, a dla niektórych firm brak popiwku okazał się, w praktyce, większym problem niż jego obecność, albowiem firmy nie potrafiły utrzymać w ryzach kosztów. Gdyby wówczas wspomnieć prezesowi dużej spółki o controllingu finansowym, być może niejeden zapytałby bardzo szczerze: ?o czym ty do mnie mówisz?”
Balast przeszłości
Firmy które jak pierwsze wchodziły na GPW były często mentalnie zakorzenione gdzieś w PRL-u gdzie nie zawsze liczyła się rentowność czy profil produkcji. Gospodarka wolnorynkowa postawiła inne wymagania, z którymi chyba nie wszystkie firmy potrafiły sobie poradzić. Mamy przecież całą masę firm meblarskich, dużo większych niż Swarzędz, np. Forte czy BRW w szczególności. BRW zaczynała od zera, bez marki, jaką niewątpliwie nadal posiada Swarzędz, ale firma ta posiadała coś czego Swarzędzowi zawsze brakowało – w szczególności profil produkcji dopasowany do trendów i potrzeb rynku, dobrą politykę cenową i długofalową wizję rozwoju. Można produkować rzeczy piękne, ale zarabia się na tych, które ludzie kupują a nie podziwiają. Chyba nie we wszystkich sprywatyzowanych firmach przestawiono się na tory, iż to produkt powinien być dla konsumenta a nie konsument dla produktu. Państwowe zakłady rozwijały się kiedyś tak jak cała gospodarka socjalistyczna – budowano, budowano, budowano…. O koszty, opłacalność inwestycji i rynek zbytu nikt się specjalnie nie martwił. Wiele firm o znakomitej marce (nieważne że wypromowanej w czasach PRL-u), popełniło, moim zdaniem, w nowych realiach – niewybaczalny grzech pychy i fałszywej wiary, że dobra marka zastąpi wszystko, a jak nie – to państwo wszystko ?załatwi” w jakimś tam narodowym planie 3 lub 5-letnim. No cóż, chyba czasem trzeba jednak zburzuć Bastylię, aby w konsekwencji mogła powstać Wieża Eiffla.
Czy jest tu jakaś większa prawidłowość?
To, z czym nie potrafiły poradzić sobie podczas budowania kapitalizmu na początku lat 90-ych, firmy (szczególnie centrale handlu zagranicznego) było widoczne także w innych obszarach działalności. Wiele podobieństwa można znaleźć w naszej służbie zdrowia. Jak wiemy, szpitale były wielokrotnie oddłużane, ale czy wskutek tego zaczynały one funkcjonować lepiej lub wyciągano z tego wnioski i zaczynano racjonalnie zarządzać środkami publicznymi. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, iż w przytłaczającej większości – nie. Po co bowiem liczyć się z każdą złotówką i oglądać ją przed wydaniem z każdej strony – skoro nawet jeśli pojawią się długi, to gdzieś w umyśle tkwiła nadzieja: ?pewnie za jakiś czas znowu nas oddłużą” (czyli – zapłacą za to wszyscy podatnicy, ale nie my !).
Myślenie takie było i jest rodem z poprzedniej epoki, gdzie państwo rozwiązywało wszystkie problemy za obywateli i firmy. Ślady takiego myślenia widać także obecnie – w polityce. W dobie kryzysu, gdzie każdy powinien zaciskać pasa, szczególnie jeśli chodzi o kasę państwową, opór partii politycznych przed ograniczeniem (nawet czasowym), finansowania ich działalności z budżetu jest porażający. Stare powiedzenie z okresu kryzysowych lat osiemdziesiątych, kiedy byłem dzieckiem: ?czy się stoi, czy się leży 200 złotych się należy„, jakby wracało echem, podczas dość świeżej dyskusji na ten temat.
Mówicie o zaciskaniu pasa? Dajcie przykład z góry!
Jako widz sam nieraz śmiałem się, z zabawnych jakby nie było, spotów reklamujących partie, nie tylko w czasie wyborów. Słynne ?czy bezę je się łyżeczką?” lub ?mordo ty moja” trafią do kanonu reklamy obok równie legendarnego ?kopytka„. O ile jednak, taką rozrywkę fundują nam prywatne firmy za własne pieniądze – proszę bardzo. Jeśli jednak z między innymi moich podatków mam oglądać np. trzy bardzo sympatyczne panie w bardzo profesjonalnie zrobionym spocie partii politycznej – to mnie już oburza, szczególnie w okresie kryzysu finansowego. Gdyby chociaż miłe panie powiedziały coś mądrego – jak sobie radzić z kryzysem, jaki będzie kurs naszej waluty, które spółki giełdowe najwięcej mogły stracić na opcjach – pewnie jeszcze bym to przełknął, a tu nic (tylko puste gadanie – to jakby dzieciom w Etiopii opowiadać o jedzeniu, zamiast im je kupić – przepraszam za dosadne porównanie).
Nie dziwię się zatem, że firmy, szczególnie państwowe (lub te z rodowodem państwowym) są obciążone nieraz podobnym myśleniem (państwo nas i tak utrzyma). Przykład płynie z góry. STOP ! Mamy rok 2009, a nie 1967. Jeśli kryzys dotyka obywateli to trzeba im pomagać, a nie bezlitośnie oskubywać. Może więc, zamiast na spoty, przeznaczyć – te same środki – w szlachetnym porywie troski o dobro wspólne i obywateli – na przejęcie jakiejś upadającej firmy i ratowanie miejsc pracy?
Każdemu wolno marzyć…..
W reklamie nawet największy brud znika w okamgnieniu a wszystko staje się śnieżnobiałe. Mi się w praktyce nigdy nie udało uzyskać takiego efektu, choć eskperymentowałem na różne sposoby…. hmm, a może trzeba było wkładać pranie do pralki lewą a nie prawą reką? (tego nie sprawdziłem). Z tego wszystkiego zostało mi do dziś tyle, że ideał jest tylko czymś nieosiągalnym (marzeniem, które nigdy się nie spełni), więc nie wierzę reklamom i nierealnym wizjom spółek giełdowych. Innym radzę robić to samo, szczególnie podczas bessy, aby w naszym portfelu – obok nazwy spółki w miejscu – wartość (wycena) nigdy nie zagościło zero lub puste miejsce.
Jacek Tyszko


Dodaj komentarz