Na blogach bossy znów wrócił temat analizy technicznej. Jak zawsze opinie kierowały się w stronę wyśmiewania metod i jej zwolenników. Jak zawsze kończyło się na zasadności kupowania książek dla początkujących. Jak zawsze dyskusja kończyła się okopaniem na własnych pozycjach, a jak gdzieś zarysowało się w pole kompromisu, to w punkcie, że nie działa, ale trzeba przekonać się o tym samemu.
W każdym tego typu sporze zawsze brakowało mi głosu, w który podkreśliłby, że książki z analizy technicznej trzeba przeczytać z powodów zupełnie nieuświadamianych. Chcemy czy nie analiza techniczna ufundowała język mówienia o giełdach. Pojęcia trendu, trendu bocznego, konsolidacji, korekty, korekty wzrostowej, korekty spadkowej czy pokonania jakiegoś ważnego poziomu są dziś standardowym językiem opisu. Żyjemy w świecie analizy technicznej i to nawet wówczas, gdy bronimy się przed tym, bo to wygodna ścieżka.
Na palcach jednej ręki można policzyć komentarze giełdowe, które ostatnio nie odnotowałyby faktu, iż WIG20 pokonał rejon 2500 punktów. To sygnał, iż uczestnicy rynku mają tendencje do spoglądania na wykresy i poszukiwania na ich sygnałów technicznych. Oczywiście nie znaczy to, iż w oparciu o te sygnały muszą podejmować decyzje inwestycyjne, ale doprawdy niewielu jest takich, którzy będą skłonni zignorować fakt, iż na wykresie wydarzyło się coś, co na gruncie analizy technicznej uznaje się za istotne.
W takim kontekście przewijające się przez rynkową społeczność spory o zasadności czytania książek autorów takich, jak Murphy czy Pring – by wymienić tylko popularne w Polsce – pomijają kluczowy problem w postaci socjalizowania nowych graczy do społeczności inwestorów. Wejście do tego świata równa się nabyciu specyficznych kompetencji językowych ułatwiających opis i komunikację na rynku. Nie można tego zrobić bez choćby pobieżnego zapoznania się ze słownikiem.
Oczywiście warto brać pod uwagę opinie takie, jak prezentowane często na blogach bossy, iż 90 procent książek o analizie technicznej na polu metod zajmowania pozycji czy wychodzenia z rynku nadaje się do kosza, ale nie znaczy to, że nie warto tego czytać w ogóle. Możliwe, iż nie ma innego sposobu zapoznania się z rynkową rzeczywistością – a więc umiejętnego czytania opinii innych uczestników tego specyficznego uniwersum – bez przeczytania książek wspomnianych wcześniej autorów.
Z punktu widzenia strategii rynkowych kupno książki Pringa może wydawać się naiwnością i tak będą to prezentowali ludzie z kilkunastoletnim doświadczeniem. Pytanie, czy ktoś ma pretensje do przymusu czytania Trylogii w szkole podstawowej, która prezentuje skrajnie uproszczony obraz polskiej mitologii z powodów braków historycznych? Tak, jak trzeba przeczytać Sienkiewicza, żeby zrozumieć później Mrożka, tak trzeba przeczytać np. Pringa, żeby nabrać kompetencji w czytaniu rynku subtelniejszymi od siekiery narzędziami.


Dodaj komentarz