Ostatnie tygodnie na rynkach wskazują, iż po miesiącach sporu na temat luzowania ilościowego większość komentatorów zdaje się być zgodna, iż polityka dolewania masy pieniądza do gospodarki jest dziś stałym elementem walki z kryzysem.
Uważni obserwatorzy dyskusji na temat terapii w gospodarkach rozwiniętych doskonale pamiętają falę krytyki, jaka spotkała amerykański bank centralny pod wodzą Bena Bernanke za wprowadzenie dwóch programów luzowania ilościowego. Przeciwnicy skupiali się na ryzykach związanych z inflacyjnym podgrzewaniem popytu a część wskazywała, iż lepszą drogę obrał Europejski Bank Centralny (EBC), który nie zgadzał się na niestandardowe dolewanie pieniędzy do systemu. Po trzech latach od uruchomienia pierwszego programu quantitative easing (QE) w USA i analogicznych krokach podjętych przez inne banki centralne, również EBC poszedł ścieżką wyznaczoną przez Fed i uruchomił program long-term refinancing operation (LTRO), który – de facto – był luzowaniem ilościowym bez używania znienawidzonej nazwy.
W poprzednim tygodniu minął miesiąc od punktu, w którym LTRO wszedł w życie a europejskie banki sięgnęły do skarbców EBC po blisko 500 mld euro. Od tego momentu na giełdach akcji pojawiły się zwyżki, których lokomotywami były największe banki. Do rangi paradoksu urasta fakt, iż jedną z najlepszych inwestycji ostatnich tygodni były akcje wielkich banków, w tym francuskich i niemieckich, w gronie których jeszcze niedawno szukano europejskiego odpowiednika Lehman Brothers. W istocie w drugiej połowie zakończonego roku jedną z najczęściej powtarzanych mantr było zdanie, iż strefę euro czeka lehman-type event i dopiero po oczyszczającym wyciągnięciu trupów z europejskich szaf na rynki wróci zaufanie.
W ostatnich dniach kolejne zdania w dyskusji na temat zasadności luzowania ilościowego w walce z kryzysem dopisały banki centralne w Anglii i w USA, które wysłały na rynki sygnały, iż można oczekiwać kolejnych programów powiększania masy pieniądza. Ciekawostką jest brak poważnej krytyki, jaka spotykała poprzednie decyzje lub chociażby zapowiedzi analogicznych kroków w przeszłości. Po zamieszaniu w sierpniu i wrześniu, które wypłukało z giełd miliardy i obniżyło zaufanie w gospodarkach, większość zdaje się zgadzać, iż QE jest dziś podstawowym narzędziem w walce z kryzysem. Wygląda zatem na to, iż na żywo mamy okazję obserwować wydarzenia, które przejdą do podręczników ekonomii i od dziś każdy bank centralny będzie próbował sięgać po narzędzia, które w latach 2008-2011 okazały się jednym z czynników stabilizujących gospodarki.
W bliższej perspektywie patrząc można oczekiwać, iż wielu krytyków programów typu quantitative easing, których nie brakowało również wśród polskich komentatorów rynkowych, będzie musiało zjeść żabę w postaci przyznania racji drukarzom, jak się nazywa dziś szefów banków centralnych. Oczywiście już teraz można przyjąć za pewnik, iż liczni będą zaprzeczali rzeczywistości magiczną formułą „w dłuższym terminie…”, ale rynki zdają się dziś wierzyć raczej w „siłę drukarki” niż w samoregulację. Bez wątpienia poprawa kondycji giełd i lepsze odczyty części wskaźników wraz ze zmęczeniem kolejnymi odsłonami kryzysu spowodują większą akceptację dla ręcznego sterowania i renesans myśli ekonomicznej, która w ostatnich dwóch dekadach przegrywała z argumentami typu „wolny rynek działa lepiej”. Do następnego kryzysu oczywiście, po którym wahadło ideologicznego sporu odbije w przeciwną stronę.


Dodaj komentarz