Jest takie stare powiedzenie giełdowe, że gdy taksówkarz próbuje namawiać cię na inwestycje w akcje, to bądź bardzo czujny. Oczywiście nie chodzi tu wyłącznie o taksówkarzy, ale o ludzi, którzy normalnie rynek i inwestowanie (lub wszelkiego rodzaju spekulację) omijają z daleka. Dlatego z coraz większym zaciekawieniem patrzę na to, co dzieje się wokół norweskiej korony.
Kilka dni temu pewien znajomy – w ogóle nie interesujący się jakąkolwiek formą lokowania kapitału poza lokatami bankowymi zapytał mnie, co myślę o kupnie koron norweskich. Zaciekawiło mnie to, bo tu i ówdzie słyszę o tym, jakoby korona miała zastąpić franka szwajcarskiego, jako tzw. „bezpieczną przystań”. Czyli stać się tym miejscem w świecie aktywów finansowych, gdzie nasze pieniądze zyskają należytą ochronę.
Idąc dalej tropem wnioskowania sporej części ludzi, luźno związanych z rynkiem – na tym raczej się nie straci.
Nie mam wiele pojęcia o gospodarce Norwegii. W zasadzie nawet nie mam czasu, by się próbować dowiedzieć czegoś więcej, żeby zrobić jakąś naiwną choćby analizę. Samo jednak zjawisko jest niebywale interesujące. Ileż to tego typu „bezpiecznych inwestycji” przerabialiśmy – obligacje Islandii, jak również korona islandzka (od 2002 do 2006 systematycznie się umacniała w sumie ponad 30%, obligacje hiszpańskie też były tak traktowane, nie wspomnę już o wielu papierach amerykańskich z najwyższym ratingiem.
Tym samym myślę, że przypadku waluty norweskiej może być równie ciekawie.
To fakt umacnia się od trzech lat. I dopiero TERAZ ten fakt został zauważony przez szeroką rzeszę obserwatorów. Trzy lata na rynku to taki moment, w którym sporo analityków zaczyna mówić „zawsze tak będzie”. I jest w stanie znaleźć milion dowodów na poparcie swojej tezy o atrakcyjności danych aktywów. Aż nagle, przychodzi zmiana i…. pozwolę sobie zakończyć słowami Marka Twaina: „Rzadko mi się udawało dostrzec okazje, zanim przestała być okazją”.
Wykres EUR/NOK – tygodniowy:




Dodaj komentarz